|
|
Alicja w Krainie Czarów
Wizjonerskie kino Burtona to nie lada gratka dla miłośników X Muzy. Wystarczy wspomnieć „Sok z żuka” czy też „Gnijącą pannę młodą” Tima Burtona. Reżyser przyzwyczaił nas do ekranowych wariacji, które najchętniej wykonuje ze swoim ulubionym aktorem Johnnym Deppem – obaj panowie mają w tej chwili na koncie 7 wspólnie zrealizowanych filmów (wliczając „Alicję…”). Do tego dochodzi również druga połówka Burtona, czyli Helena Bonham Carter, którą Tim zaangażował jak na razie do 5 swoich projektów (również wliczając recenzowany film). Fani pamiętają Burtona zwłaszcza dzięki jego wizji Batmana, ze świetną rolą Jacka Nicholsona, którą 2 lata temu przyćmił lekko Heath Ledger, pokazując postać Jokera z może nie zupełnie, ale jednak innej strony – bardziej jako gangstera z krwi i kości. Co by więcej nie mówić o kinie Burtona, to trzeba nadmienić, że charakteryzuje się ono specyficznym klimatem, który nie każdemu musi się spodobać. Ja jednakże szanuję tegoż wizjonera, który na ekranie potrafi tworzyć świetnie widowiska. Nie można się dziwić, że do „Alicji w Krainie Czarów” podchodziłem z wielkim entuzjazmem, lecz jak się okazało, zbyt wielkim. Podczas przyjęcia, które miało być imprezą zaręczynową, niespełna 20-letnia Alicja Kingsleigh widzi białego królika przedzierającego się przez zarośla. Postanawia za nim podążyć. Wpatrując się w wielką dziurę, do której zwiał królik, niechcący Alicja spada w dół. Następnie próbuje otworzyć drzwi, przez które prześlizgnąć się może tylko, jeśli się pomniejszy – wypije specjalny napój. Tak też czyni, lecz po napotkanych problemach z kluczem, będzie musiała powtórzyć „operację”. W końcu trafia do świata, który pamięta z sennych przygód. Poznaje Szalonego Kapelusznika i dowiaduje się, że według przepowiedni ma ona zgładzić Jabberwockiego i jednocześnie pozbawić rządów złą Czerwoną Królową. Przyznam, że nie kojarzę klasycznej animacji z 1951 roku.
Możliwe, że widziałem kiedyś w telewizji jakieś fragmenty, a może i całość, ale
generalnie ta oryginalna, animowana „Alicja w Krainie Czarów” to nie była bajka,
którą darzyłem jakimś specjalnym sentymentem. Owszem, tematyka była niezwykle
ciekawa, ale po za tym, nic innego się nie wyróżniało. Inaczej miało być z
wersją z 2010 roku, już aktorską. Temat był znany wszystkim, a całe piękno
wizualne było czynnikiem, który miał przyciągnąć do kin masę ludzi, a ci mieli
zostawiać w kasach mnóstwo pieniędzy. Aktorsko film stoi na wysokim poziomie. A czegóż innego można
było oczekiwać od Deppa? Jest z niego świetny aktor, który w żadnym filmie
przeze mnie obejrzanym, nie zniża się poniżej swojego poziomu. Kapelusznik to
chyba najciekawsza postać w całym obrazie. Niekiedy rozśmiesza, a momentami
kogoś może wzruszyć (bynajmniej nie mnie). Niestety, gdy w jednej z końcowych
scen widzimy tańczącego idiotyczny taniec Deppa, to już nie wiem, czy powinienem
się śmiać, czy płakać. Helena Bonham Carter również pokazała się z dobrej
strony, ale sytuacja ma się podobnie jak z Deppem – nie pamiętam jakiejś
słabszej roli Carter. Na szczęście główna bohaterka nie jest jakimś kompletnym
beztalenciem. Mia Wasikowska, jako Alicja, sprawdziła się bardzo dobrze i przez
cały film przyjemnie się na nią spogląda. Anne Hathaway, jako Biała Królowa,
była taka nienaturalna, zwłaszcza przez to, że mała śnieżnobiałe włosy, a
przecież na co dzień jest brunetką. Szczęśliwie film obejrzałem z polskimi napisami a nie z
dubbingiem. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby pod Deppa głos podkładać miał
Cezary Pazura. Jeszcze Czerwoną Królową mówiącą głosem Katarzyny Figury
ostatecznie mógłbym ścierpieć. Jednakże mój sceptycyzm odnoszący się do dubbingu
dotyczy głównie filmów, które są produkcjami z żywymi aktorami (a przynajmniej
będącymi integralnymi elementami obrazu). Czas przejść do czegoś lepszego (przynajmniej takowe miało
być), a mianowicie do wykonania krainy, w której akcja toczy się właściwie non
stop. Piękna scenografia i kunsztowne dekoracje to na pewno mocne strony wytworu
Burtona. Oglądając film w 3D, potęgujemy jeszcze to wrażenie. Tylko niestety mam
jedno „ale”. W „Alicji…” zabrakło mi tej nutki tajemniczości z „Jeźdźca bez
głowy”, groteski ze „Sweeneya Todda”, czy miłej dla oka zabawie kolorami w
„Charliem i fabryce czekolady”. Powstała, co prawda, urokliwa baśń z własnym
klimatem, który stanowi taki miszmasz poprzednich filmów Tima Burtona. Nie wiem
jak innych, ale mnie ta konwencja nie przekonała. Cały świat ukazany w produkcji
nie wciągnął mnie na tyle, bym mógł przeżywać przygody Alicji razem z nią. Podsumowując: „Alicja w Krainie Czarów” to kolejna ciekawa, baśniowa wizja Burtona. Wysokiej klasy aktorstwo, bajeczne efekty specjalne (3D), utarte szlaki muzyczne. Mnie osobiście klimat się nie spodobał, co nie znaczy, że i Tobie nie musi. Jak najbardziej zachęcam do wypadu do kina na „Alicję…”, z polskimi napisami – lepiej nie eksperymentować z dubbingiem. Może będzie to dla Ciebie ulubione dzieło reżysera „Batmana”, a może jękniesz z zawodu, bo oczekiwałeś czegoś innego. Jedno jest pewne: Burtonowską interpretację „Alicji…” warto zobaczyć. Ocena: 6/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||