|
|
Avatar
James Cameron – człowiek od „Terminatora” i „Titanica”. Po 12 letniej przerwie wyreżyserował kolejny fabularny film – „Avatar”. O tym filmie mówiło się już w latach 90., ale według Camerona technologia filmowa nie była dość rozwinięta. No, więc po kilkunastu latach wrócił do swojego projektu. „Avatar” praktycznie był już gotowy pod koniec 2007 roku, ale nad wizualnym upiększeniem w procesie post-produkcji pracowano jeszcze całe dwa lata. Od pół roku na każdym portalu filmowym szumiono o filmie Camerona, jedni byli pewni, że to będzie kamień milowy, inni, że to tylko wiele szumu o zwykły film w 3D. Nie zwlekając zbyt długo postanowiłem zobaczyć kolejne rozpieszczone dziecko Camerona z nadzieją, że chociaż raz szumne zapowiedzi nie będą nakręcały ludzi na niepotrzebne wydanie kilkunastu złotych. Co wypada wiedzieć o fabule: Kaleki weteran wojenny – Jake
Sully, zostaje zaangażowany w projekt o nazwie „Avatar”. Polega on na tym, że
osoba kieruje specjalnie stworzonym stworem z plemienia Na’vi. Bowiem właśnie
plemię Na’vi, ( które co ciekawe całkiem nieźle radzi sobie z angielskim, cóż,
popularny język) zamieszkuje księżyc - Pandorę, gdzie znajduje się wiele cennych
złóż surowców. Jednak by je zdobyć, trzeba „wykurzyć” wyrośnięte koty z ich
ziemi. Sully zadamawia się u tubylców i zakochuje w Neytiri… Jak widać wątek miłosny w każdym filmie jest nieunikniony. Nawet między humanoidalną podróbą człowieka a kalekim żołnierzem. Poza tym fabuła układa się w całkiem zgrabną opowieść scence-fiction. Jednak w miarę upływu czasu film Camerona zatapia się w wyświechtane schematy od stóp do głów. Co z aktorami… Cóż, na pierwszym planie występuje Sam Worthington, który zagrał moim zdaniem bez wyrazu. Dużo ciekawiej ogląda się go w ciele swojego avatara. Natomiast w kolejną podróż kosmiczną wyruszyła Sigourney Weaver, tym razem nie jako porucznik Ellen Ripley a doktor Grace Augustine. Jej gra stała na równie wysokim poziomie, co 30 lat temu w konfrontacji z 8. pasażerem dobrze znanego nam statku. Ciężko ocenić mi grę Zoe Saldany, gdyż przez cały film pokryta była niebieską farbą z brokatem.. Mimo wszystko prezentowała się przekonująco. Jednak publiczność hucznie zgromadzona w salach kinowych
zapewne głównie liczyła na wizualne piękno i kapitalne efekty specjalne. I mogę
z całą pewnością powiedzieć, że to dostała. „Avatar” to kumulacja dokonań
techników graficznych ostatnich lat. Tym, co według mnie Cameronowi i innym
członkom ekipy udało się najlepiej, jest las na Pandorze. Widać tam ponad 50
odcieniów zieleni. Wszystko jest takie naturalne, co świadczy o wielkiej
precyzyjności. Las oprócz dziwnych i przepięknie zrobionych roślin, to miejsce
potyczki komandosów z mieszkańcami Pandory. Przy takim nakładzie finansowym i te
momenty filmu zrobione są świetnie. Do walk dołączają jeszcze naprawdę
dziwaczne, aczkolwiek bardzo groźne zwierzęta, stworzone również z wielkim
rozmachem. Czy „Avatar” to kamień milowy? Myślę, że to ważny film, który prezentuje znakomite dokonania w dziedzinie technologii filmowej. Ale żeby kamień milowy? Przynajmniej mi ciężko to stwierdzić. Tak, czy inaczej polecam nacieszenie oczu jednym, a może wieloma seansami „Avatara”, lekko zepsutymi przez ograne schematy. KONIECZNIE W KINIE. Ocena: 7/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||