|
|
Była sobie dziewczyna
Szkoła życia „Była sobie dziewczyna” opowiada historię 16–letniej Jenny, która pewnego deszczowego popołudnia poznaje przystojnego melomana – Davida. Proponuje on jej, że podwiezie ją do domu (a właściwie bardziej chodziło mu o to, żeby wiolonczela nie zmokła). Jenny w końcu się zgadza. Wkrótce znajomość z Davidem obróci jej dotychczasowe życie o 360 stopni. Zacznie uczęszczać na wystawne kolacje, a nawet pojedzie do Paryża. Ojciec Jenny, który cały czas powtarzał, żeby skupiła się na nauce i Oxfordzie (tam chciała się dostać), zaczął poważniej rozmyślać o studiach na renomowanym uniwersytecie i związku z Davidem. Kanwą do powstania filmu było autobiograficzne wspomnienie Lynn Barber – brytyjskiej dziennikarki, obecnie pracującej dla „Sunday Times”. Po obejrzeniu filmu muszę przyznać, że naprawdę miała odwagę przedstawić taką historię szerokiej publiczności. Jednak w XXI wieku to chyba już nic nie jest dla nikogo wstydliwe… Do obrazu „Była sobie dziewczyna” podchodziłem z nijakimi
uczuciami. Niby przewidywałem, że to będzie taki ckliwy melodramacik, który
będzie się trzymał na średnim poziomie. Ale jednak nominacja do Oscara w
kategorii najlepszy film – powinna do czegoś zobowiązywać. Może trochę
przesadziłem z tymi domysłami, bo rzeczywiście rewelacyjnie nie jest, ale na
pewno wyżej niż średnio. Dla mnie w tym filmie ważnym elementem okazał się zespół
aktorski. Począwszy od nowej Audrey Hepburn, czyli Carey Mulligan. Fryzurę ma
taką, jaką miała Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego” (chociaż to chyba moda, bo
w obydwu obrazach rzecz dzieje się w podobnych ramach czasowych). Ale scena
przejażdżki po Paryżu jest łudząco podobna do tej z „Rzymskich wakacji”, gdzie
Hepburn zwiedza Rzym. Mulligan naprawdę jest podobna do Audrey Hepburn. I mam
nadzieję, że za kilka lat będę mógł ją porównać nie tylko z wyglądu, ale także z
talentu. Bo istotnie Carey Mulligan w recenzowanym filmie pokazuje, że będzie z
niej dobra aktorka. W roli Jenny jest naprawdę, ale to naprawdę przekonująca. „Była sobie dziewczyna” to kolejna przestroga dla nadopiekuńczych ojców. Niezbyt liczący się na początku filmu ze zdaniem córki ojciec Jenny kieruje poczynaniami nieletniej, zabraniając jej najróżniejszych rzeczy, jak np. słuchać francuskiej muzyki, a w zamian za to każe ciężko uczyć się do matury, w szczególności łaciny, z którą Jenny ma problem. Kolejny przykład na to, jak daleko sięga (powinna sięgać) władza rodzicielska. „Była sobie dziewczyna” to w gruncie rzeczy bardzo dobra reżyserka robota. Cała wycieczka po Paryżu jest zrobiona w dosyć krótkich, acz treściwych ujęciach. W głowie szczególnie utkwiła mi scena, gdy ojciec próbuje się dostać do pokoju córki. Widzimy tak jakby podwójne odbicie Jenny w lustrze, co według mnie symbolizuje wewnętrzne rozdarcie na: praktycznie dorosłą Jenny, a uczące się dziecko. Niestety nawet jak na autobiograficzne wspomnienie, scenariusz razi trochę schematycznością. Ale na pewno skrypt do filmu ma kilka zalet – szczególnie dialogi przy domowych posiłkach – te sceny zasługują na wyróżnienie. Jednak czegoś mi brakowało w tym całym scenariuszu, nie wiem dokładnie, czego, ale był obecny u mnie lekki niedosyt. Z trzech nominacji do Oscara – najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepszy scenariusz adaptowany, szczerze mówiąc szansę w sumie ma tylko Carey Mulligan – myślę, że spokojnie może pokusić się o małą niespodziankę i zdobyć nagrodę Akademii. „Była sobie dziewczyna” to nie jest film kapitalny, ale nie jest to również obraz przeciętny. Szkoła życia, którą pokazuje Lone Scherfig na przykładzie Jenny, uczy, a momentami może nawet kogoś wzruszyć. Mimo wszystko nie jest to jakiś klasyczny, ciężki melodramat, lecz kino trochę mniej wymagające. Jak każdy obraz – posiada zalety i wady. Jednakże w „Była sobie dziewczyna” więcej odnajduję tych pierwszych. Ocena: 7/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||