|
|
Dirty Dancing
„Be my, be my Baby” Jest lato roku 1963. Frances Houseman, zwana Baby, jedzie wraz z rodziną do ośrodka wypoczynkowego Maxa Kellermana – przyjaciela ojca Frances. Baby poznaje tam przystojnego instruktora tańca - Johnny’ego Castle. Wkrótce połączy ich uczucie, któremu przeciwny będzie pan Houseman. „Dirty Dancing” jest dzisiaj uważany za jeden z klasyków
filmów tanecznych. Można spotkać się z opiniami o tym, że jest również dziełem
kultowym. Wydaje mi się, że takie określenia są jak najbardziej słuszne. Mojej
osobie „Dirty Dancing” od razu przypadł do gustu. A jedną z zachęt do obejrzenia
był Patrick Swayze (odszedł 14 września 2009 roku, miał zaledwie 57 lat, R.I.P.).
Wiele się nasłuchałem o jego roli w tym obrazie Emile Ardolino. Tak naprawdę
kariera Patricka wtedy ukierunkowała się i zaczęła nabierać odpowiedniego tempa. Zdziwiło mnie także to, jaki człowiek zasiadł za kamerą. Emile Ardolino absolutnie nie kojarzył mi się z żadnym filmem (no może po obejrzeniu „Dirty Dancing” pamiętałem trochę „Zakonnicę w przebraniu”). Ardolino nie miał jakichś obrazów, które zwróciłyby uwagę krytyków lub publiczności. A mimo to miał swoje mięć minut po wyreżyserowaniu recenzowanego dzieła. Patricka Swayze pierwszy raz zobaczyłem w „Na fali”. Wiedziałem, czego się mogę spodziewać teraz. Swayze udowodnił, że jest rewelacyjnym aktorem. Mało tego, tańczy również wyśmienicie. Dosyć trudne zadanie czekało Jennifer Grey. Musiała grać postać, która była o 10 lat młodsza niż ona sama. Generalnie wychodziło jej to bardzo dobrze, lecz momentami można było mieć obiekcje co do wiarygodności jej wieku. Fabuła może nie wnosi czegoś nowego, ale nie można
interpretować jej jako wadę. „Dirty Dancing” to naprawdę dobry melodramat, który
oczywiście nie ustrzegł się kilku niedociągnięć, ale jednak nie są one aż tak
ważne dla przebiegu akcji. Film największe laury zbiera za ścieżkę dźwiękową i
choreografię. Zaczynając od pierwszej zalety, trzeba wspomnieć, iż ten
soundtrack jest jednym z najlepszych, jakie słyszałem. Można posłuchać takich
wiecznie żywych piosenek jak „(I've Had) The Time of My Life”(Oscar) lub „Hungry
Eyes”. W sumie „Dirty Dancing” to bardzo dobrze opowiedziana historia miłosna, okraszona kapitalną muzyką i świetną choreografią taneczną. Jest to kolejny film, o którym spokojnie można powiedzieć, że przetrwał próbę czasu. Ocena: 9/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||