|
|
Dragonball: Ewolucja
Wielka plama na genialnym anime W dzisiejszych czasach filmy rywalizują nie tylko o wyniki finansowe, ale także o to, który dostarczy widowni więcej głupoty. Powstają obrazy zupełnie nietrafione bądź takie, które pomimo złych recenzji potrafią na siebie zarobić. Do tego drugiego grona można zaliczyć film Jamesa Wonga „Dragonball: Ewolucja”. Ciężko mi obiektywnie oceniać ten film, gdyż wychowałem się na anime powstałym w latach 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Oczywiście twórcy musieli wykorzystać wielką popularność ”Dragonballa”, aby zarobić na ciekawości wszystkich fanów, którzy hurtem udali się do kin w celu zobaczenia tego kompletnie nieudanego filmu. I tak w „Dragonball Ewolucji” mamy Goku, który jest uważany w szkole za nieudacznika. Bardzo podoba mu się Chi Chi – koleżanka z klasy. Pewnego dnia Goku wraca do domu, gdzie widzi umierającego dziadka. Później spotyka Bulmę – córkę taty, któremu skradziono smoczą kulę. Wkrótce poznają oni swojego wroga – Lorda Piccolo, razem ze swoją wojowniczką ubraną w poliestrowy strój, wyglądającą niczym zła siostrzenica Lary Croft – Mai. Będą musieli stoczyć zaciętą walkę o siedem smoczych kul. Prawie cały zespół aktorów i aktorek wygląda jak młodzi gniewni XXI wieku. Wszyscy prezentują się po prostu śmiesznie. Nie wiem, czy oni sami wiedzieli, w co się pakują, jeżeli mieli być aktorami w takim filmie. Poprzez ich zachowanie, mimikę twarzy, gesty, cały obraz Wonga staje się jeszcze bardziej sztuczny i plastikowy. Nie chcę nawet porównywać „Dragonball: Ewolucji” do pierwowzoru, gdyż po pierwsze to zajęłoby mi dużo czasu, a poza tym nie porównując tego obrazu do anime, to i tak dostajemy bezwładny kicz nawet klasy C, z niezłymi efektami i kiepską realizacją. I jaki jest efekt końcowy? Fani zawiedzeni, twórcy zadowoleni. Szczerze odradzam marnowania na ten film półtorej godziny zwłaszcza, jeśli ciągle masz w swojej pamięci świat stworzony przez Akirę Toriyamę. Ocena: 1/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||