|
|
Dziewczyna moich koszmarów
Film moich koszmarów Oto staję przed zrecenzowaniem kolejnej amerykańskiej komedii romantycznej, która nic a nic nie różni się od innych powstałych w Fabryce Snów. Nie wiadomo, ile jeszcze trzeba będzie czekać, aż ta inwazja niepoprawnych filmów zakończy swoje panowanie i przestanie bezsensownie zapychać kinowe ekrany. Niestety, na razie się na to nie zanosi. „Dziewczyna moich koszmarów” opowiada o czterdziestoletnim kawalerze Eddiem Castrowie (Ben Stiller), który pewnego dnia poznaje piękną Lili - jak mu się wydaje, tę jedną, jedyną kobietę w swoim życiu. W końcu postanawia się z nią ożenić. Razem wyruszają na miesiąc miodowy do Meksyku. Podczas podróży okaże się, że Lili nie jest taka idealna, jak to się wydawało Eddiemu. Na dodatek w ośrodku wypoczynkowym pozna cudowną Mirandę, której w żaden sposób nie będzie mógł się oprzeć. Fabuła jak to fabuła w komedia romantycznych – nie jest zbytnio skomplikowana i nie wymaga używania szarych komórek. Pomysł może i całkiem niezły, ale jego realizacja pozostawia wiele do życzenia. Ben Stiller udowadnia, że jest z niego dobry aktor. Może to nie ta elita, ale potrafi utrzymać solidny poziom przez cały film. Niestety tytułowa bohaterka, którą gra Malin Akerman, to coś zupełnie gorszego. Aktorka z niej również nie najgorsza, ale jej obecność po około pół godziny filmu zaczyna mocno denerwować. To samo tyczy się Michelle Monaghan – filmowej Mirandy. To jest po prostu „aktorka”, którą spokojnie można angażować do komedii romantycznych. Bardzo ładna, ale talentu za grosz. Przed „Dziewczyną moich koszmarów” widziałem tylko jeden obraz braci Farrellych. A jego tytuł brzmi „Głupi i głupszy”. W tamtym filmie przynajmniej głupota mogła rozśmieszyć. W recenzowanej komedii romantycznej głupota jest ciągle głupotą i przynajmniej mnie nie rozśmieszyła. Ponadto humor momentami jest wulgarny, który nawet niezbyt pasuje do charakteru filmu. Motyw dwóch kobiet i jednego mężczyzny, bądź na odwrót – dwóch mężczyzn i jednej kobiety, przewija się w historii kinematografii praktycznie od zawsze. Dlatego w filmie braci Farrellych, podobnie jak w innych dzisiejszych komediach romantycznych, nie ma nic odkrywczego. Wszystkie możliwe zwroty w tych historiach zostały wykorzystane, a twórcy, nie mogąc wymyślić własnej wizji, bezmyślnie wałkują to samo. Podsumowanie zawrę w dwóch krótkich hasłach: Ocena: 2/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||