|
|
Elegia
Z małym zadowoleniem zauważyłem, że ostatnio coraz częściej zdarza mi się oglądać filmy stricte komercyjne, łatwe w odbiorze. Od kilku ładnych lat mamy zalew produkcji nastawionych głównie na zysk. Nie jestem ich przeciwnikiem, bo kino ma przede wszystkim dawać radość, niemniej jednak poczułem, że czegoś brakuje. Efekty specjalne nie dadzą tego „czegoś”. Mam na myśli wciągające dialogi, ciekawe ujęcia czy postacie filmowe z krwi i kości. Dlatego z pewną nadzieją sięgnąłem po „Elegię”. Słyszałem już wcześniej wiele pochlebnych opinii na temat tegoż obrazu i postanowiłem na własnej skórze przekonać się, czym się tak ludzie zachwycili. Film opowiada o związku starszego, doświadczonego mężczyzny wykładowcy i krytyka Davida Kepesha (Ben Kingsley jak zawsze na wysokim poziomie) oraz jego studentki, zjawiskowo urodziwej Consueli Castillo (Penelope Cruz). Historia miłości pozornie opartej tylko na cielesnym aspekcie. Okazuje się jednak, że nawet będąc w już podeszłym wieku można się wiele nauczyć o uczuciach, nawet od o wiele młodszej osoby… Domyślam się, że opis nie powala na kolana. Ot, kolejny
ckliwy melodramat o uczuciu, które połączyło dwie tak różne od siebie osoby. Nic
bardziej błędnego. Wystarczy zerknąć na obsadę albo po prostu obejrzeć pierwsze
15 minut filmu. Tematyka filmu nie ogranicza się do miłości, bo zahacza o wiele
innych aspektów życia. Ciekawe zestawienie śmierci i głębokich uczuć. W moim
odczuciu jest on podobny wręcz do wiersza, w którym każdy odnajdzie coś innego,
coś osobistego. I to jest właśnie pierwsza i chyba największa zaleta „Elegii”,
która po prostu porusza. Mimo, że często padają w filmie bardzo mało wyszukane
frazesy, wręcz banały, to prawie w ogóle się tego nie czuje. Tak naprawdę w tym
tkwi siła obrazu. Z jednej strony prostota, jeśli chodzi o środki wyrazu czy
ilość postaci, a z drugiej niewiele rzeczy jest tak oczywistych, jakby się
wydawało na początku. Główny bohater to przechodzący kryzys wieku średniego znany i ceniony krytyk. Mężczyzna umiejący wszystkiemu dać racjonalne wytłumaczenie, tak powierzchownie podchodzący do kobiet okazuje się być ojcem, który nie potrafi porozumieć się ze swoim synem i kochankiem zazdrosnym o kobietę niczym mały chłopczyk. Ben Kingsley w perfekcyjny sposób ukazuje złożoność i sprzeczność postaci, którą gra. Nie jest to jednak film jednego aktora. Penelope Cruz utożsamiana z seksbombą już dawno temu udowodniła, że taka etykieta jest w stosunku w pełni niezasłużona. Aktorka swoją kobiecością urzeka nie tylko głównego bohatera, ale i widza. Młoda kobieta, która całe życie ma przed sobą, ale jednocześnie potrafi kochać tak dojrzale. Co więcej potrafi nauczyć miłości osobę, która na pozór jest pozbawiona uczuć. Miłości pełnej namiętności, w której nieważna jest różnica blisko 30 lat między kochankami. Nigdy nie wiadomo, co nas czeka następnego dnia, dlatego warto żyć ze wszystkich sił i kochać całym sercem. Piszęe banały, wiem. Jednak sposób, w jaki to zostało zobrazowane sprawia, że nie zastanawiamy się nad tym, tylko w to wierzymy. Oprócz dwójki głównych bohaterów poznajemy też najbliższe otoczenie Davida Kepesha – kobietę, z którą od dłuższego czasu utrzymuje relacje przyjacielsko-łóżkowe, jego syna oraz najbliższego i jedynego przyjaciela - poetę. Szczególnie jego syn (w tej roli Peter Sarsgaard) oraz przyjaciel George O'Hearn (Dennis Hopper) przypadli mi do gustu. Młody Kepesh, podobnie jak ojciec, mimo sukcesu w życiu wydaje się wciąż zagubionym dzieckiem. Zaś postać grana przez Dennisa Hoppera to taki niby szowinista, ale wzbudza sympatię. Podobnie jak główny bohater, podchodzi powierzchownie do uczuć, kobiet i miłości, ale to tylko pozory. Trzeba przyznać, że wszyscy aktorzy grają dojrzale i przekonująco. Film jest ekranizacją powieści Philipa Rotha „Konające Zwierzę”. Niestety nie miałem sposobności, aby przeczytać tę książkę, więc ciężko mi stwierdzić, jak obraz wypada na tle papierowego oryginału. Śmiało mogę za to napisać, że Isabel Coixet bardzo sprawnie nakręciła „Elegię” i z tego, co mi wiadomo, nie jest to wypadek przy pracy, bo jej poprzednie filmy również zbierały bardzo pochlebne recenzje. Jeśli chodzi o typowo techniczną stronę filmu, to również nie mam zastrzeżeń. Bardzo ładne ujęcia i przyjemna dla ucha, grająca w tle muzyka doświadczonego Arvo Pärta. Nie jest to jednak obraz dla każdego. Nie można się nastawiać na multum akcji i szybkie tempo, bo to w końcu melodramat. Niektórych odrzuci ckliwość i emocjonalność filmu, dla innych będą to zalety. Sam jestem nim zachwycony mimo, że nie wszędzie doszukam się głębi, ukrytego znaczenia. Warto będzie obejrzeć „Elegię” jeszcze raz albo i więcej. Polecam wszystkim, którzy mają ochotę dla odmiany na film pełen ciepła, mówiący o uczuciach w dość wyjątkowy sposób. W pamięć zapadają kreacje aktorskie, ciekawe dialogi i szczerość. Oglądając stopniowo zapominałem, że to fikcja, wszelkie banały napawały optymizmem. Nie ma chyba większego komplementu dla filmu jak to, że czuje się, że jest szczery i aż chce się żyć, kochać, jak bardzo banalnie by to nie zabrzmiało.
Autor recenzji: K.O |
|
|||||