|
|
Equilibrium
Aktor to osoba, która żyje z tego, że wciela się w jakąś postać, przejmuje i wyraża jej emocje. Dzięki temu jest wiarygodny, a film z jego udziałem odnosi sukces. Ale co, jeśli rola wymaga pozostania beznamiętnym? Co jeśli aktor musi realnie odegrać bezduszność i bezuczuciowość, nie wkładając przy tym nieruchomej maski? Przed tym wyzwaniem stanął Christian Bale w "Equilibrium". Jeżeli zastanowimy się nad genezą konfliktów, nieważne, czy
politycznych, gospodarczych, religijnych, dojdziemy do tego samego wniosku: ich
źródłem są ludzkie emocje i pragnienia. Chęć dojścia do władzy, wywyższanie
własnego wyznania nad innymi, zazdrość, chęć wzbogacenia się kosztem cudzych
zasobów ropy naftowej itp. Do takich samych wniosków doszli bohaterowie filmu
Kurta Wimmera. Wybuch kolejnej wojny światowej dał im dużo do myślenia i uznali
jedno za pewne: następnego tak dużego konfliktu zbrojnego ludzkość nie zniesie.
Aby zachować ciągłość gatunku i zapobiec wszelakim przejawom agresji
postanowiono za pomocą specjalnego leku zwanego Prozium, stopniowo pozbawiać
społeczeństwa jego najbardziej ludzkich odruchów. W świecie tym nie ma już
miejsca na litość, miłość, wyrzuty sumienia, przyjaźń. W wyniku indoktrynacji i
stosowania dotkliwych kar za nieprzestrzeganie odgórnie narzuconego przez
tajemniczego Ojca regulaminu, powstała masa szarych, podobnie wyglądających i
podobnie myślących ludzi, przemierzających spokojnym krokiem ulice betonowego
miasta. Organem policyjnym są tutaj tzw. "mnisi"- mężczyźni specjalnie
wytrenowani do tropienia i walki z "odczuwającymi", a więc tymi, którzy
przestali brać lek. Jednym z mnichów jest właśnie Kleryk John Preston (Christian
Bale). To osoba, która niczym pies myśliwski potrafi wytropić wszelkie przejawy
ludzkich odruchów i emocji. Jest służbistą, zdolnym nawet do skrzywdzenia
swojego partnera dla dobra sprawy. Mnisi to marionetki w rękach systemu, mają
bezmyślnie wykonywać powierzone im zadania - gdy Preston słyszy pytanie "Po co
żyjesz?", nie potrafi na nie odpowiedzieć. Tymczasem prawo tworzone przez Ojca zaostrza się coraz bardziej. Podejrzanych o odczuwanie już się nie przesłuchuje. Nie przeprowadza się nawet procesów. Od tej pory mnisi muszą zabijać ich na miejscu. Czym więc śmierć ta różni się od śmierci poniesionej w wyniku wojny? Mamy tutaj dwie strony: jedna, działająca jawnie, z przyzwoleniem państwa i druga, ukrywająca i rozwijająca się w podziemiu. Główny bohater zaczyna dostrzegać, że strona, za którą się opowiada, niekoniecznie może być tą "dobrą". Dzieje się tak dopiero, gdy przez przypadek nie zażywa stałej dawki swojego leku. Bale, mimo że na jego twarzy przez początkową część filmu nie malują się żadne emocje, nie miał prostego zadania. Musiał wcielić się w postać, która stopniowo odkrywa w sobie uczucia wyższe i jest tym równie zaskoczona, co przerażona. Przypomina to wybudzenie ze snu. Może dlatego historia ta jest przez sporą część widzów porównywana do "Matrixa". I chociaż w obu tych filmach zobaczymy podobny styl walki i odkrywanie prawdziwej strony otaczającego nas świata, obrazy te różnią się od siebie na tyle, że oglądając "Equilibrium" nie czujemy się znudzeni. To zasługa wciągającego scenariusza, dobrego aktorstwa (scena, w której główny bohater płacze na schodach, a obok niego przechodzą obojętni, wypruci z uczuć ludzie) i podniosłej, doskonale pasującej do tego, co widzimy na ekranie, muzyki. "Equilibrium" przepełnione jest symbolami. Ustrój, w którym łamanie odgórnie narzuconych zasad kończy się śmiercią jest dla widza znajomy. Indoktrynacja, sztuka (choć trudno nazwać tak ekran przedstawiający człowieka wygłaszającego cele i zadania państwa) będąca narzędziem władz, podobnie wyglądający ludzie kojarzą się z latami komunizmu. Ale film ten to przede wszystkim historia o tym, że każdy potrzebuje bliskości drugiego człowieka, a próby upodobnienia ludzi do pozbawionych uczuć maszyn, mogą skończyć się katastrofą. Przyszłości przedstawionej w "Equilibrium" daleko do sielanki. Mimo wprowadzenia leku, mającego wykluczyć ze społeczeństwa uczucie gniewu, wciąż dochodzi do przejawów agresji. Okazuje się, że jest ona stale obecna, towarzyszy ludzkości od zawsze i nie zanosi się na to, żeby fakt ten miał się zmienić. Oprócz uświadomienia widzowi, że to miłość i przyjaźń czynią z nas ludzi, film posiada również mroczne przesłanie: nawet cudowny lek nie może uratować ludzkości przed stopniową samozagładą.
Autor recenzji:
Allinone |
|
|||||