|
|
Grindhouse: Death Proof
Dyskretny urok kiczu Najnowsze dzieło kultowego reżysera młodego pokolenia, Quentina Tarantino, stanowi część projektu o nazwie „Grindhouse”, którego współautorem jest Robert Rodriguez oraz twórcy kina grozy – Eli Roth, Edgar Wright i Rob Zombie. Oryginalnie „Grindhouse” składa się bowiem z dwóch obrazów – „Death Proof” Tarantino i „Planet Terror” Rodrigueza – oddzielonych trailerami nieistniejących filmów (w reżyserii Rodrigueza, Rotha, Wrighta i Zombie) i reklamami fikcyjnych produktów. Trudno wypowiadać się na temat „Death Proof” nie umieszczając go w kontekście zamysłu, według którego powstał „Grindhouse”. Nie sposób także, moim zdaniem, w pełni docenić tego niezwykłego filmu. Dlatego nim przejdę do jego recenzji, poświęcę nieco uwagi idei „Grindhouse”, który w Europie dystrybuowany jest w dwóch częściach, okrojonych z fałszywych zwiastunów. Produkcja duetu Tarantino - Rodriguez powstała z sentymentu, jakim obaj filmowcy darzą – popularne w latach siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych – podupadłe kina grindhouse, specjalizujące się w całonocnych projekcjach filmów exploitation. W ramach takich seansów, w cenie jednego biletu, można było oglądać kilka na poły amatorskich produkcji, o niewysokiej wartości artystycznej, za to epatujących przemocą i seksem. Były to zwykle horrory, filmy kung-fu czy soft porno. Tarantino wspomina je następująco: To nie były hollywoodzkie, studyjne produkcje, tylko kino undergroundowe, niskobudżetowe. Raziły więc tandetą, ale też zachwycały wolnością od tego, co było w oficjalnym obiegu. Pamiętam, że podczas seansów często towarzyszyła mi pełna niedowierzania myśl: "czy ja naprawdę to oglądam?". Zdumienie wywoływała niezwykła, niespotykana nigdzie indziej brutalność tych filmów, ale też niczym nieskrępowana wyobraźnia twórców. „Grindhouse” jest wyśmienitym pastiszem, w którym Tarantino i
Rodriguez klisze z kina klasy B podnieśli do najwyższej jakości, angażując w to
przedsięwzięcie nie tylko utalentowanych aktorów czy osiągnięcia współczesnej
techniki filmowej, ale przede wszystkim swą niezwykłą wyobraźnię, wyrafinowane,
czarne poczucie humoru i doskonałe wyczucie stylu. I właśnie z tej perspektywy „Death
Proof”, będący banalną historią z pogranicza „kina samochodowego” (pełnego
efektownych pościgów) i slasher movies (horrorów, w którym grupa młodzieży staje
się ofiarami psychopatycznego mordercy), okazuje się dziełem – unikalnym,
perfekcyjnym, zachwycającym. Obraz Tarantino to dwie niezależne historie – o nocy, jaką Jungle Julia, popularna didżejka z teksańskiego Austin, spędza na zabawie w lokalu w towarzystwie koleżanek oraz o wizycie, którą mieszkająca w Nowej Zelandii filmowa dublerka Zoe złożyła swym pracującym w Hollywood przyjaciółkom. Tytułowym bohaterem filmu jest …samochód – „śmiercioodporny” Chevrolet Nova, którym psychopatyczny morderca, Stuntman Mike (w tej roli nieco zapomniana gwiazda kina akcji lat osiemdziesiątych – Kurt Russell), masakruje młode, atrakcyjne dziewczyny, sam wychodząc z celowych kolizji bez większego szwanku. Ktokolwiek jednak spodziewa się po „Death Proof” krwawej jatki, będzie zawiedziony. Tarantino skupił się przede wszystkim na zbudowaniu beztroskiej atmosfery, którą przetnie spotkanie bohaterek z Kaskaderem Mike’em, nakreśleniu portretów ofiar i ich przyszłego kata. Film jest zatem pełen „typowo tarantinowskich” dialogów – przewrotnych, zabawnych, chwilami tak przegadanych, że aż absurdalnych, niemniej układających się w spójną, piekielnie inteligentną całość. Mocnych wrażeń dostarczyć może długa sekwencja z udziałem kultowych Dodge (Challenger i Charger), będąca ukłonem w stronę takich obrazów, jak „Znikający punkt” czy „Mistrz kierownicy ucieka”. Kunsztowna jest forma „Death Proof”. Aby w pełni oddać klimat
grindhouse’owych seansów, materiałowi filmowemu dodano patyny tak, że sprawia
wrażenie niezremasterowanej kopii z lat siedemdziesiątych, mimo że akcja
rozgrywa się współcześnie. Ponieważ filmy exploitation produkowano zwykle tylko
w kilku egzemplarzach, krążyły one pomiędzy specjalizującymi się w takim
repertuarze kinami i szybko ulegały zniszczeniu. W „Death Proof” mamy zatem
wszystkie charakterystyczne usterki, włącznie z komunikatem o „zaginionej rolce
filmu”, po którym widz musi domyślić się przebiegu brakujących scen. Aż żal, że
w Polsce seansu nie okrasza zwiastun „Święta Dziękczynienia” w reżyserii Eli
Rotha, czy „Machete” Rodrigueza. W „Death Proof” na szczególną uwagę w zasługuje także muzyka, na którą składają się odkurzone utwory z lamusa, starannie wybrane przez samego reżysera. Tarantino, o którym mówi się niekiedy, że nie jest twórcą lecz didżejem, potrafi w swych filmach mistrzowsko łączyć motywy, zaczerpnięte wprost z pop-kultury i dorobku kinematografii. Podobnej sztuki dokonuje tworząc ścieżki dźwiękowe do swoich obrazów, które stają się przebojami niemniejszymi niż sam film. Popowe piosenki, które u Tarantino całkowicie zastępują muzykę ilustracyjną, współtworzą atmosferę, często dookreślając znaczenie danych scen lub przewrotnie z nimi kontrastując. „Death Proof” warto, moim zdaniem, zobaczyć choćby dla sceny krwawego morderstwa, które poprzedzają radosne, rock’n’rollowe dźwięki „Hold Tight” grupy Dave Dee, Dozy, Beaky, Mick & Tich. Kuriozalne! Film Tarantino może zachwycić lub zniesmaczyć. Nie sposób jednak odmówić mu oryginalności, a reżyserowi – który tym razem wystąpił również w roli scenarzysty, producenta, tradycyjnie już aktora oraz z powodzeniem zadebiutował jako operator – wielkiej fantazji, poczucia humoru i umiejętności wywoływania ożywczego fermentu w świecie kina. Dowodzą tego choćby recenzje „Death Proof”. Jedna z polskich rozgłośni radiowych promuje dzieło Tarantino określając je mianem najbardziej męskiego film roku. Z kolei pewien portal reklamuje go jako na wskroś feministyczny. Krytycy upatrują w „Death Proof” stylową refleksję nad fenomenem kina exploitation. Inni akcentują fakt, że film obala stereotypy współczesnej pop-kultury. Quentin Tarantino zapewne zaciera z radości ręce słysząc komentarze na temat swojego najnowszego dzieła, które przecież – jak twierdzi – stworzył głównie ku własnej uciesze. Cokolwiek mówi się na temat „Death Proof”, to kawał emocjonującego (choćby dlatego, że kontrowersyjnego) kina – a przecież kino ma służyć właśnie wzbudzaniu emocji. Ocena: 8/10
Autor recenzji:
Anna Archer |
|
|||||