Grindhouse: Death Proof

Tytuł oryginalny: Grindhouse: Death Proof
Reżyseria: Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Zdjęcia: Quentin Tarantino
Muzyka: -
Produkcja: USA
Gatunek: Thriller/akcja
Data premiery (Świat): 22.05.2007
Data premiery (Polska): 20.07.2007
Czas trwania: 114 minut
Obsada: Kurt Russell, Sydney Tamiia Poitier, Zoe Bell, Rosario Dawson, Vanessa Ferlito, Jordan Ladd, Rose McGowan, Eli Roth,

 

Dyskretny urok kiczu

Najnowsze dzieło kultowego reżysera młodego pokolenia, Quentina Tarantino, stanowi część projektu o nazwie „Grindhouse”, którego współautorem jest Robert Rodriguez oraz twórcy kina grozy – Eli Roth, Edgar Wright i Rob Zombie. Oryginalnie „Grindhouse” składa się bowiem z dwóch obrazów – „Death Proof” Tarantino i „Planet Terror” Rodrigueza – oddzielonych trailerami nieistniejących filmów (w reżyserii Rodrigueza, Rotha, Wrighta i Zombie) i reklamami fikcyjnych produktów. Trudno wypowiadać się na temat „Death Proof” nie umieszczając go w kontekście zamysłu, według którego powstał „Grindhouse”. Nie sposób także, moim zdaniem, w pełni docenić tego niezwykłego filmu. Dlatego nim przejdę do jego recenzji, poświęcę nieco uwagi idei „Grindhouse”, który w Europie dystrybuowany jest w dwóch częściach, okrojonych z fałszywych zwiastunów.

Produkcja duetu Tarantino - Rodriguez powstała z sentymentu, jakim obaj filmowcy darzą – popularne w latach siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych – podupadłe kina grindhouse, specjalizujące się w całonocnych projekcjach filmów exploitation. W ramach takich seansów, w cenie jednego biletu, można było oglądać kilka na poły amatorskich produkcji, o niewysokiej wartości artystycznej, za to epatujących przemocą i seksem. Były to zwykle horrory, filmy kung-fu czy soft porno. Tarantino wspomina je następująco: To nie były hollywoodzkie, studyjne produkcje, tylko kino undergroundowe, niskobudżetowe. Raziły więc tandetą, ale też zachwycały wolnością od tego, co było w oficjalnym obiegu. Pamiętam, że podczas seansów często towarzyszyła mi pełna niedowierzania myśl: "czy ja naprawdę to oglądam?". Zdumienie wywoływała niezwykła, niespotykana nigdzie indziej brutalność tych filmów, ale też niczym nieskrępowana wyobraźnia twórców.

„Grindhouse” jest wyśmienitym pastiszem, w którym Tarantino i Rodriguez klisze z kina klasy B podnieśli do najwyższej jakości, angażując w to przedsięwzięcie nie tylko utalentowanych aktorów czy osiągnięcia współczesnej techniki filmowej, ale przede wszystkim swą niezwykłą wyobraźnię, wyrafinowane, czarne poczucie humoru i doskonałe wyczucie stylu. I właśnie z tej perspektywy „Death Proof”, będący banalną historią z pogranicza „kina samochodowego” (pełnego efektownych pościgów) i slasher movies (horrorów, w którym grupa młodzieży staje się ofiarami psychopatycznego mordercy), okazuje się dziełem – unikalnym, perfekcyjnym, zachwycającym.

 

Obraz Tarantino to dwie niezależne historie – o nocy, jaką Jungle Julia, popularna didżejka z teksańskiego Austin, spędza na zabawie w lokalu w towarzystwie koleżanek oraz o wizycie, którą mieszkająca w Nowej Zelandii filmowa dublerka Zoe złożyła swym pracującym w Hollywood przyjaciółkom. Tytułowym bohaterem filmu jest …samochód – „śmiercioodporny” Chevrolet Nova, którym psychopatyczny morderca, Stuntman Mike (w tej roli nieco zapomniana gwiazda kina akcji lat osiemdziesiątych – Kurt Russell), masakruje młode, atrakcyjne dziewczyny, sam wychodząc z celowych kolizji bez większego szwanku. Ktokolwiek jednak spodziewa się po „Death Proof” krwawej jatki, będzie zawiedziony. Tarantino skupił się przede wszystkim na zbudowaniu beztroskiej atmosfery, którą przetnie spotkanie bohaterek z Kaskaderem Mike’em, nakreśleniu portretów ofiar i ich przyszłego kata. Film jest zatem pełen „typowo tarantinowskich” dialogów – przewrotnych, zabawnych, chwilami tak przegadanych, że aż absurdalnych, niemniej układających się w spójną, piekielnie inteligentną całość. Mocnych wrażeń dostarczyć może długa sekwencja z udziałem kultowych Dodge (Challenger i Charger), będąca ukłonem w stronę takich obrazów, jak „Znikający punkt” czy „Mistrz kierownicy ucieka”.

Kunsztowna jest forma „Death Proof”. Aby w pełni oddać klimat grindhouse’owych seansów, materiałowi filmowemu dodano patyny tak, że sprawia wrażenie niezremasterowanej kopii z lat siedemdziesiątych, mimo że akcja rozgrywa się współcześnie. Ponieważ filmy exploitation produkowano zwykle tylko w kilku egzemplarzach, krążyły one pomiędzy specjalizującymi się w takim repertuarze kinami i szybko ulegały zniszczeniu. W „Death Proof” mamy zatem wszystkie charakterystyczne usterki, włącznie z komunikatem o „zaginionej rolce filmu”, po którym widz musi domyślić się przebiegu brakujących scen. Aż żal, że w Polsce seansu nie okrasza zwiastun „Święta Dziękczynienia” w reżyserii Eli Rotha, czy „Machete” Rodrigueza.

 

W „Death Proof” na szczególną uwagę w zasługuje także muzyka, na którą składają się odkurzone utwory z lamusa, starannie wybrane przez samego reżysera. Tarantino, o którym mówi się niekiedy, że nie jest twórcą lecz didżejem, potrafi w swych filmach mistrzowsko łączyć motywy, zaczerpnięte wprost z pop-kultury i dorobku kinematografii. Podobnej sztuki dokonuje tworząc ścieżki dźwiękowe do swoich obrazów, które stają się przebojami niemniejszymi niż sam film. Popowe piosenki, które u Tarantino całkowicie zastępują muzykę ilustracyjną, współtworzą atmosferę, często dookreślając znaczenie danych scen lub przewrotnie z nimi kontrastując. „Death Proof” warto, moim zdaniem, zobaczyć choćby dla sceny krwawego morderstwa, które poprzedzają radosne, rock’n’rollowe dźwięki „Hold Tight” grupy Dave Dee, Dozy, Beaky, Mick & Tich. Kuriozalne!

Film Tarantino może zachwycić lub zniesmaczyć. Nie sposób jednak odmówić mu oryginalności, a reżyserowi – który tym razem wystąpił również w roli scenarzysty, producenta, tradycyjnie już aktora oraz z powodzeniem zadebiutował jako operator – wielkiej fantazji, poczucia humoru i umiejętności wywoływania ożywczego fermentu w świecie kina. Dowodzą tego choćby recenzje „Death Proof”. Jedna z polskich rozgłośni radiowych promuje dzieło Tarantino określając je mianem najbardziej męskiego film roku. Z kolei pewien portal reklamuje go jako na wskroś feministyczny. Krytycy upatrują w „Death Proof” stylową refleksję nad fenomenem kina exploitation. Inni akcentują fakt, że film obala stereotypy współczesnej pop-kultury. Quentin Tarantino zapewne zaciera z radości ręce słysząc komentarze na temat swojego najnowszego dzieła, które przecież – jak twierdzi – stworzył głównie ku własnej uciesze. Cokolwiek mówi się na temat „Death Proof”, to kawał emocjonującego (choćby dlatego, że kontrowersyjnego) kina – a przecież kino ma służyć właśnie wzbudzaniu emocji.

Ocena: 8/10   

Autor recenzji: Anna Archer

 


Skomentuj recenzję