|
|
I Love You Phillip Morris
Miłość oszusta „I love you Phillip Morris” nie jest komedią w ścisłym tego słowa znaczeniu. I choć najnowsze dzieło duetu Glenna Ficarra i Johna Requa aż kipi od zabawnych sytuacji i dialogów, to jednak w ogólnej konkluzji rys dramatyczny filmu wiedzie tu prym. Zwłaszcza, gdy dowiadujemy się, że opowiadana historia oparta jest na faktach. Głównego bohatera, Stevena Russela, poznajemy jako wzorowego
męża, kochającego i troskliwego ojca, bogobojnego katolika, który, jakby i tego
było mało, stoi na straży prawa i porządku. Jest powszechnie lubianym i
szanowanym obywatelem, przyjaznym sąsiadem. Jednak ta pozorna sielanka, w której
przez lata zamaskował się Steven, nie trwa na szczęście wiecznie. Diametralna
przemiana przychodzi wraz z tragicznym wypadkiem samochodowym, któremu ulega
bohater. Od tego czasu postanawia on „żyć pełnią życia” i pogodzić się z swoją
przez lata tłumioną orientacją seksualną. W rolę Stevena Russela wciela się Jim Carrey. Ale wszystkich, których przeraża sama myśl o tym, że mogliby na ekranie przez ponad półtorej godziny oglądać tylko jego grymasy i mimiczne wyczyny pragnę od razu uspokoić. To na szczęście nie jest ten Jim Carrey, którego znamy z idiotycznych wygłupów w „Masce” czy „Głupim i głupszym”. Kanadyjczyk po raz kolejny udowodnił, że oprócz komicznych umiejętności posiada także dobry, aktorski warsztat i potrafi odnaleźć się w rolach dramatycznych i wymagających. To Carrey, którego mieliśmy okazję poznać chociażby przy okazji „Truman Show” czy „Zakochanego bez pamięci”. „I love you Phillip Morris” jest sprawnie zrealizowanym i trochę ponad przeciętnym filmem o prawdziwej miłości. Wszystko to, czego dopuszcza się główny bohater jest bowiem podyktowane prawdziwym uczuciem i szczerą troską o swojego partnera. I choć Russelowi przyszło za swoje (nieco opacznie pojmowane) oddanie zapłacić najwyższą karę, do końca jest przekonany, że było warto.
Autor recenzji:
Karolina Zielonka
|
|
|||||