Megamocny

Tytuł oryginalny: Megamind
Reżyseria: Tom McGrath
Scenariusz: Alan J. Schoolcraft, Brent Simons
Zdjęcia: Michael Andrews
Muzyka: Lorne Balfe, Hans Zimmer
Produkcja: USA
Gatunek: Animacja, Familijny, Komedia, Sci-Fi
Data premiery (Świat): 28 października 2010
Data premiery (Polska): 7 stycznia 2011
Czas trwania: 96 min
Obsada: Tomasz Borkowski, Marcin Dorociński, Katarzyna Glinka, Paweł Ciołkorz (polski dubbing)

 

Kiedy pierwszy raz natknąłem się na ulicy na plakaty "Megamocnego", nie przyjąłem ich ze specjalnym entuzjazmem. Nie wiem do końca dlaczego. Czy to przez tytuł, który wyraźnie kojarzył się z "Iniemamocnymi", czy przez fakt, że ostatnimi czasy komputerowe bajki dla dzieci są tłuczone w ilości wręcz niemożliwej do strawienia. Tak czy siak, nie byłem zainteresowany nowym dziełem Dreamworks i prawdopodobnie bym je ominął szerokim łukiem, gdyby nie trailer. Dobry montaż, świetna muzyka i kilka naprawdę zabawnych gagów skłoniło mnie, żeby spojrzeć na ten film inaczej. Nie zakładać, że jest tylko kolejną, sztampową animacją, ale że może kryje w sobie coś więcej. No i po premierze muszę przyznać, że rewolucji nie było, ale i tak wyszedłem z kina usatysfakcjonowany.

Fabuła "Megamocnego" opiera się na bardzo prostych założeniach. Mamy dwie planety w jakimś odległym miejscu wszechświata. Obie mają w tym samym momencie swoje osobiste końce świata (są wsysane przez coś na kształt czarnej dziury). Na obu planetach znajdują się dwie pary rodziców, które biorą swoje kilkudniowe pociechy, wkładają do kapsuł i wystrzeliwują w kosmos. W ten sposób na Ziemię przybywają dwa kosmiczne niemowlaki. Jeden z nich po latach zostaje Metromanem - obrońcą Metro City, wzorem męstwa, siły i sprawiedliwości. Drugi przybiera imię Megamocny i staje się geniuszem zbrodni, dążącym do spełnienia swoich nikczemnych celów, a także głównym bohaterem i narratorem filmu. Walka między nimi trwa od wielu lat, aż w ostatniej bitwie nastaje przełom - pierwszy raz w ich historii zło triumfuje. 

 

Jak widać historia opowiedziana w filmie jest świetnym fundamentem do przedstawienia masy żartów dotyczących stereotypowych amerykańskich superbohaterów. Pomysł co prawda jest dosyć oklepany (że przypomnę chociażby ww. "Iniemamocnych"), ale mimo to w "Megamocnym" żarty są na swój sposób świeże i nie nudzą. Widz nie ma poczucia w rodzaju "O boże, który już raz coś takiego oglądam" i nawet dosyć schematyczne gagi naprawdę bawią. Poza tym świetnym pomysłem jest nawiązanie do klimatu komiksów o superbohaterach z lat 50/60. Stroje herosów wyglądają na żywcem wzięte z tamtych lat (zwłaszcza Metromana, który pod względem wizualnym przypominał mi trochę Kapitana Marvela). Megamocny to połączenie stereotypów kosmity i superzłoczyńcy. Niski i szczupły, z olbrzymią głową, małymi oczkami i czarnym, posępnym płaszczem z ogromnym kołnierzem. Roxanne zaś (bohaterka obowiązkowego wątku miłosnego) to reporterka, która jest mocno zainteresowana głównym obrońcą miasta. Brzmi znajomo? Poza tym mamy tutaj także nawiązania do innych znanych filmów. Pod tym względem twórcy szczególnie upodobali sobie "Odyseję kosmiczną 2001" Kubricka. Roboty walczące po stronie zła mają oko dokładnie takie jak HAL, zaś jeden z bohaterów filmu nazywa się... Hall. Z innych tego rodzaju "mrugnięć do widza", pomagier Megamocnego Minion (który jest czymś na kształt ryby) ma mechaniczne ciało żywcem zabrane z planu "King Konga". Tego rodzaju nawiązania i zabawa scenariuszem zawsze mnie pozytywnie nastrajają do filmu (pod warunkiem, że nie mają na celu zasłonić niedoróbek w scenariuszu, albo nie ma ich zwyczajnie za dużo) i pokazują, że sami twórcy dobrze się bawili przy pracy nad nim.

Fabuła opiera się oczywiście na wielu schematach. Raz są one prześmiewcze i wstawione po to, żeby pokpić trochę z superbohaterskich mitów, innym razem wychodzi tutaj pewna nieudolność scenarzystów, którzy te same, wszystkim dobrze znane, założenia wkładają w kolejną bajkę dla dzieci. Nie mówię nawet o przemianie głównego bohatera (bo oczywiście nasz Megamocny z czasem porzuca zło na rzecz niesienia dobra), która, o dziwo, jest pokazana lekko i z humorem, ale o moralizowaniu, które momentami zbyt nachalnie (nawet jak na standardy filmu dla dzieci) wysuwa się na pierwszy plan. Oczywiście opowiedziana historia jest dosyć przewidywalna, rozmaite fabularne "zawiłości" można zgadnąć po chwili, ale mimo wszystko nie przeszkadza to w czerpaniu radości z oglądania. Niestety są momenty, kiedy film zaczyna lekko nużyć, przydałoby się wycięcie paru dłużyzn. Na szczęście występuje tutaj parę scen naprawdę przyciągających uwagę, co rekompensuje nam te średnie momenty.

 

Co do samych charakterów, to są one świetnie wykreowane. Megamocny jest obdarzony wielką inteligencją, lecz mimo to nigdy mu się w życiu nie układało - był wychowywany w więzieniu, nielubiany w szkole, nieakceptowany przez społeczeństwo. W końcu uwierzył, że jedyne przeznaczenie jakie go czeka, to być złym. Lecz mimo tej złowrogiej maski jest postacią wrażliwą, szukającą uczucia i akceptacji. Łatwo się z nim utożsamiać i jeszcze łatwiej mu kibicować. Metroman jest jego przeciwieństwem - przez całe życie miał niesamowite szczęście i szybko stał się popularny. Z jednej strony przedstawiony jest jako prawy obrońca świata, a z drugiej jako nadęty bufon, który jest zakochany w kamerze, istna personifikacja hollywoodzkich gwiazd. Roxanne zaś jest jedyną postacią, która umie zachować zimną krew i myśleć logicznie, chociaż jest postawiona w roli Typowej Porwanej Kobiety, która powinna krzyczeć i panikować z przerażenia, aż superheros ją ocali. Daje to świetny, komiczny efekt.

Muszę wspomnieć na temat ścieżki dźwiękowej do filmu - jest naprawdę powalająca. Możemy w niej znaleźć prawdziwe rockowe hity jak "Highway to hell" AC/DC czy "Welcome to the jungle" Guns N'roses. Niesamowite, że piosenki tego kalibru znalazły się w animacji dla dzieci. Mamy tutaj także kultowe "Bad to bone", oraz "Bad" Michaela Jacksona. Od razu widać, że mnóstwo pieniędzy poszło na soundtrack, ale wykorzystany jest świetnie - pasuje do wybranych scen, nie został wrzucony do filmu na siłę. Poza tym radość z oglądania np. sceny walki w mieście jest większa, kiedy w tle słyszymy tak dobrze znany nam głos Axla Rose'a w jednej z jego kultowych piosenek. Co do samej animacji, to jest ona wykonana poprawnie - pasuje do dzisiejszych standardów, jednak niczym szczególnym się nie wybija. Widać u niektórych bohaterów charakterystyczną "kreskę" animatorów z Dreamworks. Oczywiście film jest wyświetlany w 3D i znów absolutnie nie ma potrzeby oglądania go w tej formie.

Jeszcze kilka słów o dubbingu, który naprawdę trzyma poziom. Nie jest to może "Shrek", ale do aktorów nie można mieć zarzutów. Głosy są dobrze dobrane, brzmią bardzo naturalnie (czego kwestią jest także bardzo dobre tłumaczenie) i nie przeszkadzają w odbiorze filmu. Nie ma w obsadzie prawdziwych gwiazd (inaczej niż w wersji oryginalnej, gdzie np. rolę Metromana zagrał Brad Pitt), co może nawet wyszło filmowi na dobre.

"Megamocny" nie jest filmem, który zostanie zapamiętany, to pewne. Prawdopodobnie utonie w morzu kolejnych animacji Dreamworks, Pixara etc. i za kilka miesięcy nie będziemy o nim pamiętać. Jednak mimo tego go warto obejrzeć. To naprawdę zabawna komedia, zapewniająca półtorej godziny dobrej rozrywki. A jeżeli ktoś lubił od zawsze superbohaterów i dzieciństwo kojarzy z Batmanem i Spidermanem, to tym bardziej polecam.

Ocena: 7/10   

Autor recenzji: Robert 'Solar' Szymczak

 


Skomentuj recenzję