Między słowami

Tytuł oryginalny: Lost in Translation
Reżyseria: Sofia Coppola
Scenariusz: Sofia Coppola
Zdjęcia: Lance Acord
Muzyka: William Storkson
Produkcja: USA/Japonia
Gatunek: Komedia/Melodramat
Data premiery (Świat): 29.08.2003
Data premiery (Polska): 20.02.2004
Czas trwania: 102 minuty
Obsada: Bill Murray, Scarlett Johansson, Akiko Takeshita, Mark Willms, Giovanni Ribisi


 

Współczesny Romantyzm

Recenzja zawiera spoilery (zdradzone są w niej istotne szczególny fabuły)!

„Niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Jak prawdziwe jest to powiedzenie doświadczył już Isaac Newton. Ale nie o fizyce chcę tutaj mówić. Prawo przyciągania działa nie tylko na owoce, ale i na artystów. Pociąg do kina najlepiej widać w rodzinie. U Coppolich. Sofia, córka słynnego Francisa Forda, swojej przygody z kinem nie zaczęła najlepiej. Obarczana piętnem znamienitej rodziny sama nie mogła się odnaleźć. Ale wraz z upływem lat dojrzała zarówno psychicznie jak i artystycznie. Odkryła własna drogę. Dowodem tego jest jej (póki co) największe dzieło – „Między słowami”. Sofia Coppola pisząc scenariusz do „Lost in Translation” miała przed oczami Billa Murraya. Był jej inspiracją i natchnieniem. Sam pomysł umiejscowienia akcji filmu wokół reklamy whisky został zaczerpnięty wprost z życia, a wiele scen było improwizowanych. Samą treść można przedstawić dosłownie w trzech zdaniach. Pomimo tej prostoty reżyserka zdołała wyciągnąć to, co w filmie jest najważniejsze – magię kina.

Zamysł „Między słowami” jest prosty. Zderzyć ze sobą dwoje zagubionych ludzi- podstarzałego aktora i młodą dziewczynę po filozofii. Bob Harris zostawił w domu żonę i dzieci, które już nawet za nim nie tęsknią, i przybył do Japonii reklamować whisky. W międzyczasie obserwuje Tokio, ale tylko od strony hotelu, w którym się zatrzymał. Natomiast Charlotte spędza czas w stolicy Japonii wraz z mężem fotografikiem. Ona również jest widzem. Ogląda świat z lekkiego dystansu, nie angażując się. Podobnie jak i widzowie siedzący za szklanym ekranem. Spoglądają z odległości na dwoje zupełnie nieznanych im ludzi. Co skrzyżuje ich drogi? Hotel. Obydwoje zatrzymali się w tym samym budynku i obydwoje cierpią na bezsenność. Właśnie podczas jednej z nieprzespanych nocy zaczyna się ich dziwna znajomość, którą trudno określić. Nie jest to romans, ani przyjaźń. Nieprzespane noce spędzają razem bawiąc się w mieście, albo rozmyślając na łóżku. Obydwoje odnaleźli w sobie to czego poszukiwali w życiu. Wydawałoby się, że są z dwóch innych światów, a pomimo tego nawiązuje się między nimi specyficzna nić porozumienia, której nie znaleźli u boku swoich rodzin. Ich wzajemne zaufanie nagle zakłóca chwilowy romans Harrisa z piosenkarką. Gdy Charlotte wyjeżdża za miasto, gdzie dostrzega piękno Japonii, Bob ucieka w objęcia innej kobiety. Zdawałoby się, że Charlotte nie powinna być zła ani tym bardziej zazdrosna. Ale Bob przekroczył pewną granicę, niewidzialną linie, którą obydwoje sobie wyznaczyli. Lecz czymże byłaby ta znajomość gdyby nie wybaczenie? Czy oznaczałoby wtedy, że Charlotte liczyła na fizyczną bliskość? Film pokazuje, że to nie seks jest najważniejszy, lecz romans dusz. Ostatnia scena dodatkowo to potwierdza. Bob widzi z oddali Charlotte i chce jeszcze raz się pożegnać, coś dopowiedzieć. Obejmują się wiedząc, że to ich ostatnie spotkanie, że właśnie bezpowrotnie odchodzi zrozumienie, którego tak szukali. Aktor szepcze parę słów do ucha dziewczyny. Całuje ją i odchodzi. Ten pocałunek nie jest, jak to bywa w melodramatach, wynikiem namiętnej miłości. On nawet nie wygląda na połączenie kochanków. Jest po prostu pożegnaniem. Pożegnaniem bratnich dusz.

Sofia Coppola stworzyła piękny film, znakomitą sztukę. „Między słowami” nie posiada wartkiej akcji ani przezabawnych dialogów. Jednak jest w nim ogromna ilość subtelności i delikatności. Tworząc główne postaci oddała zagubienie dzisiejszego świata. Mając wszystko, wciąż można odczuwać tęsknotę. Oryginalny tytuł „Lost in Translation” dosłownie oznacza zagubione w tłumaczeniu. Coś co ucieka nam w przekładzie. Polski tytuł natomiast sugeruje ukrycie pomiędzy słowami. I na ironię, już on sam pokazuje, że coś nam umyka spod palców. Ale nie o słowa tutaj chodzi, lecz o ciszę. „Między…” nie posiada wielu dialogów, to film obrazu i nastroju. W umyśle zostają poszczególne sceny a nie kwestie. Sofia wspięła się na wyżyny kunsztu reżyserskiego, tworząc obraz, który nie nudzi, ale hipnotyzuje widza. Drobny płomyczek, który tlił się w scenariuszu został podsycony świetnymi kreacjami aktorskimi, scenerią zatłoczonej stolicy Japonii i kobiecą ręką Coppoli.

Autor recenzji: Agnieszka Franus  

 

Skomentuj recenzję