|
|
Pod jednym dachem
„Pod jednym dachem”, czyli barwna podróż w czas szarzyzny Nakręcić film o minionej epoce, czasach trudnych dla ojczystego kraju i nie popaść przy tym w banał, gloryfikując bądź też opluwając przeszły ustrój, to wielka sztuka. Janowi Hrebejkowi jednak najwyraźniej się udała. Film „Pod jednym dachem” czeski reżyser zadedykował wszystkim tym, którzy utracili kontakt z rodziną, bliskimi i przyjaciółmi podczas emigracji - ucieczki w świat przed komunizmem. Ja jednak odnoszę wrażenie, że film jest skierowany do młodych ludzi, którzy okres Praskiej Wiosny mogą poznać jedynie z opowieści starszych. Ten film jest opowieścią, w której mikroświat dwóch rodzin zamieszkujących jeden dom otoczony jest ówczesną rzeczywistością. Zbliżającą się nieuchronnie sowiecką inwazję na Czechosłowację poprzedzają dni normalnego życia zwykłych ludzi – ich problemy, miłości, marzenia, rodzinne spotkania, oczekiwanie Świąt. Życie. Głową pierwszej rodziny jest Sebek – lojalnie oddany reżimowi komunistycznemu oficer czechosłowackiej armii, drugiej – jego sąsiad Kraus, weteran ruchu oporu, patriota i jawny socjalista. Postacie te są ukazane w sposób satyryczny, ale wielowymiarowy. Ukazanie wad i zalet obydwu bohaterów, ma nam, odbiorcom, pozwolić co najwyżej na subiektywną ocenę, ale w żadnym wypadku nie osąd. Ważnym aspektem poruszonym w filmie jest konflikt pokoleń, naświetlony równomiernie z obu stron i okraszony specyficznym czeskim humorem. Przecież rodzice to wapniaki, nie rozumieją teraźniejszości, a ich nastoletnie dzieci to beztroscy buntownicy, którym w głowach tylko Mick Jagger, amerykańskie kino i bikiniarskie ciuchy z Zachodu… Film balansuje pomiędzy komedią a obyczajowym dramatem. Z jednej strony jest to dramat, losy bohaterów nie kończy przecież happy end, miłość młodych ludzi rozdzieli emigracja, a Praga doczeka się nalotu Sowietów, ale z drugiej – jak TU się nie śmiać, gdy dorośli faceci empirycznie sprawdzają wysokość niedźwiedzia na dwóch łapach czy maksymalny czas bezdechu. Jak patrzeć z powagą na fascynację kuchennym wyposażeniem z plastiku jako wybitnym osiągnięciem socjalistycznej myśli technicznej rodem z PRL i NRD… Hrebejk zaradnie wybrnął z czerni i bieli, przeciwstawiając nie kolor, ale sepię i fantastycznie odtworzone detale: wnętrza, modę, fryzury, etc. Patos głęboko do kieszeni i mamy film, w którym historyczne, przykre tło oswojone jest ciepłym humorem. Bolesna szczerość i jednocześnie wielki dystans. Jak widać DA się. Tylko dlaczego nie można tego powiedzieć o naszej rodzimej kinematografii…
Autor recenzji: Maciej Łatosz |
|
|||||