|
|
Czarny łabędź
Przed trzema laty bracia Coen zgarnęli Oscary w najważniejszych kategoriach za swój wystudzony emocjonalnie, brutalny, lecz pasjonujący „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W ubiegłym sezonie uzyskali nominację w głównej kategorii za „Prostego człowieka”, groteskową, pełną cierpkiego humoru, fascynującą opowieść o żydowskiej tożsamości w Ameryce lat 60. Teraz ponownie kandydują do najważniejszych laurów Akademii westernem, który przyniósł im już trzynastą w karierze nominację. Ponownie zasłużoną! Zachodzę w głowę, skąd rzeczeni bracia czerpią inspirację dla swoich kolejnych, jakże różnych przedsięwzięć i nie omieszkałbym ich otwarcie zapytać – gdyby tylko nadarzyła się okazja do rozmowy w cztery …sześć ócz – jak nazywa się diler, który tę inspirację najprawdopodobniej podaje im dożylnie. Póki się tego nie dowiem, mogę jedynie podziwiać ich kolejne dokonanie. A jest co podziwiać. „Prawdziwe męstwo” ma klasę najlepszych filmów reżyserskiego duetu. Szlachetna westernowa bajka
zaczyna się od zabójstwa, które – jak to w westernie – wymagać będzie pomsty.
Ojciec czternastoletniej Mattie Ross (w tej roli doskonała Hailee Stainfield)
ginie z ręki nieokrzesanego renegata, Toma Cheneya. Dumna i niespotykanie
charyzmatyczna Mattie doskonale wie, że o sprawiedliwość na Dzikim Zachodzie
bardzo trudno i najlepiej wymierzyć ją samemu, nie czekając na opieszałe władze
stanowe. Wynajmuje więc starego rewolwerowca, szeryfa Roostera Cogburna, by
pomógł jej schwytać mordercę ojca i doprowadzić go przed oblicze sądu. W wyniku
przypadkowych okoliczności do osobliwej pary tropicieli przyłącza się LaBoeuf (Matt
Damon), teksański strażnik, który także od jakiegoś czasu poluje na Cheneya.
Wspólnie odbywają długą podróż, którą zwieńczy niezwykle dramatyczny finał. Nowy film Coenów jest adaptacją powieści Charlesa Portisa już raz przeniesionej na ekran. Przed ponad czterdziestu laty „Prawdziwe męstwo” nakręcił Henry Hathaway angażując do głównej roli Johna Wayne’a. Od razu zaznaczę, że absolutnie nie wzrusza mnie opinia – zapewne ku zgorszeniu wielbicieli filmowej klasyki – mówiąca, że tytułów z półki sygnowanej nazwiskiem Johna Wayne’a nie powinno się dzisiaj odświeżać. Nie wystawiajmy nikomu posągów ze spiżu. Nieodmiennie świetny aktorsko Jeff Bridges zasłużył chyba na nasze zaufanie i kreując postać tropiciela Cogburna wypadł wcale nie gorzej od swojego legendarnego poprzednika. Odsuwając od siebie pokusę
porównania dwóch adaptacji, skoncentrujmy się na sednie rzeczy. Coenowie po raz
kolejny dostarczyli kinofilom pierwszorzędnej pożywki. Ich „Prawdziwe męstwo”
zachwyca zręcznością w posługiwaniu się klasyczną filmową narracją, która
zmienia tę tradycyjną przygodową fabułę w pasjonujący, malowniczy spektakl.
Finałowa sekwencja jest świadectwem absolutnego reżyserskiego mistrzostwa, które
żywą, dynamiczną akcję potrafi w kluczowych ujęciach związać z nastrojową,
przejmującą nutą. Nowy film Coenów przenika ten rodzaj sentymentalizmu, który,
trafiając absolutnie do każdego widza, pozostaje jednocześnie najbliższy
kinomaniakom upajającym się kompozycją jednego choćby ujęcia czy niezwykłym
najazdem kamery. Odrobina przyjemnej groteski nie rozwiewa przyjemnego,
staroświeckiego klimatu, a całości nadaje jedynie autorskiego charakteru, który
znamy z poprzednich dokonań braterskiego duetu. Coenowie rozsmakowują się w
westernowej rzeczywistości; dopieszczają kadr, dialogi, ścieżkę dźwiękową, by
dać swoim widzom wyrafinowany filmowy kąsek. Wielki w tym udział
współpracującego od lat z reżyserskim duetem Rogera Deakinsa. Bez wyszukanego
efekciarstwa, z klasą i wielką dbałością o plastyczną stronę całości amerykański
operator w pełni zapracował na swoją kolejną (dziewiątą już) nominację do
Oscara. Filmowych hołdów dla westernu powstało w ostatnich dwóch dekadach całkiem sporo. Wystarczy wspomnieć filmy Eastwooda, Costnera, Anga Lee, Kasdana. Każdy konfrontował się z pewną sferą westernowego mitu i kłaniał się jej z pełną świadomością, że należy już ona do odległej przeszłości, że jest duchem wyłowionym z historii jedynie na chwilę, zjawą, którą przywołuje się po to, by zaświadczyć o niemożliwości jej zaistnienia we współczesności. Generalnie więc żegnano western. Z należnymi mu honorami, owszem, ale jednak żegnano, uznając za nieaktualny kostium gatunkowy. Coenowi zrobili natomiast coś
przeciwnego i aż dziw bierze, że sztuka im się udała. Nakręcili western, który
wcale nie jest kolejnym requiem dla gatunku. Zrobili intensywne, pulsujące
emocjami kino. Western, którego dzisiaj powinien już się nie udać, być przykrym
anachronizmem, w ich rękach okazał się pełną autentyzmu, wciągającą historią,
której najzupełniej się wierzy. Trzeba mieć instynkt filmowca najwyższej klasy,
by tak trafnie rozłożyć dramaturgiczne akcenty w ramach nie najświeższej już
konwencji, zyskując pełnowartościową, współczesną (!) opowieść. Nie każdy
mechanik podrasuje staroświeckiego cadillaca rocznik 58 tak, by mógł konkurować
na szosie z czterystoma końmi mechanicznymi nowego ferrari. Ale można. Trzeba
mieć duszę zapaleńca, wrażliwość artysty i rzemiosło opanowane do perfekcji.
Autor recenzji:
Przemysław Pełka
|
|
|||||