|
|
Shrek Forever
Popis kizi-mizi Minęło dziewięć lat odkąd świat po raz pierwszy usłyszał o Shreku. Od tego czasu sympatyczny i, w gruncie rzeczy, niegroźny ogr zyskał sobie rzeszę sympatyków i doczekał się już czterech filmów. Najnowszy, „Shrek Forever”, jest zapowiadany jako ostatnia odsłona jego przygód i pomimo całej mojej sympatii dla tej opowieści, mam nadzieję, że producenci dotrzymają słowa. Shrek ma chwilowo dosyć swojego życia. Żona oraz trójka dzieci doprowadzają go do szewskiej pasji, a nachalni przyjaciele wcale nie poprawiają sytuacji. Ogr pragnie powrotu do swojego starego, nieskomplikowanego życia, w którym siał postrach i grozę wśród wieśniaków. Korzystając więc z okazji zawiera umowę z podstępnym Rumpelstiltskinem: wymienia jeden dzień swojego dzieciństwa na dobę bez rodziny i przyjaciół. Shrek trafia do alternatywnego wszechświata, w którym to Stickin rządzi Zasiedmiogórogrodem i ogr ma tylko 24 godziny, żeby odkręcić całą sytuację. Przeniesienie bohaterów do alternatywnego wszechświata było, moim zdaniem, świetnym pomysłem pozwalającym na ukazanie bohaterów w zupełnie nowym, innym świetle. Szkoda, że twórcy nie w pełni z niego skorzystali. Diametralnie zmienia się Puszek, który staje się grubym, leniwym kociskiem, niezdolnym samodzielnie podrapać się po plecach. Jego baryłkowa postura i nowy, łagodny (do czasu) charakter sprawiają, że to głównie on jest źródłem komizmu w części czwartej. W tej odsłonie zaskoczyć może również Ciastek, ale pozostali bohaterowie pozostają w dużej mierze tacy sami. Osioł wciąż ma niewyparzoną gębę, chociaż jego dowcip nieco się stępił. Nadal jest on gotowy nadstawić karku za przyjaciela. Fiona też niemal się nie zmieniła, w końcu nie od dziś wiadomo, że potrafi nieźle skopać tyłek, ale w głębi duszy pozostała księżniczką czekającą na miłość swojego życia. Zmarnowanie potencjału tkwiącego w zawiązaniu fabularnym jest największą wadą filmu. Poza tym, mnie brakowało również bohaterów drugoplanowych (więcej Pinokia!). Główny oponent Shreka wypada nieco blado, jeśli porównać go z innym karzełkiem o przerośniętym ego, Lordem Farquaadem. Ten pierwszy był znacznie zabawniejszy. Polski dubbing trzyma poziom, ale to już nie to samo, co pierwszy „Shrek”. Czyżby autorom dialogów skończyły się pomysły? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Osioł, gdy mozolnie ciągnie wóz ze Shrekiem, nie śpiewał jakichś polskich hitów, tylko przetłumaczono piosenki angielskie. Zabrakło mi również jakiegoś dubbingowe zaskoczenia, jakim w drugiej części był Wojciech Mann. Pazura w roli Rumpelstiltskina to trochę zbyt oczywisty wybór i chyba niezbyt trafiony, bo czarny charakter tego odcinka wypadł dość blado i bezpłciowo. Jedynie chłopcu, usilnie domagającemu się od Shreka odgłosów paszczowych, został przydzielony naprawdę interesujący głos, niestety nie byłam w stanie zidentyfikować aktora kryjącego się za nim. Jeszcze słówko o technologii 3D zastosowanej w filmie: osobiście nie jestem jej zwolenniczką, ale może muszę się po prostu przyzwyczaić. Jednak czy to z winy tejże technologii właśnie, kina, kopii czy zwyczajnie feralnemu doborowi kolorów, niektóre partie filmu były za ciemne i z trudem mogłam dostrzec, co dzieje się na ekranie. Biorąc wszystko pod uwagę, Shrek już po części trzeciej powinien przejść na zasłużoną emeryturę. Czwarty film może nie jest najgorszy, ale zdecydowanie niepotrzebny. Czas najwyższy, aby zielony ogr ustąpił miejsca kotu w butach.
Autor recenzji:
Marta Kolorz |
|
|||||