|
|
Skąd wiesz?
The kid from Lowell rises to the bell James L. Brooks to sadysta. Przyzwyczaił swoich widzów, że robi filmy świetne (Czułe słówka, 1983), bardzo dobre (Lepiej być nie może, 1997), albo chociaż sympatyczne (Trudne słówka, 2004). Nic dziwnego, że po jego najnowszym dokonaniu spodziewałam się przyzwoitej rozrywki, filmu może nie wybitnego, ale dającego się lubić i charakteryzującego się inteligentnym poczuciem humoru oraz wyrazistymi postaciami. Do oglądania Skąd wiesz? (2010) zasiadałam z paczką chusteczek higienicznych (oj, polały się łzy me czyste rzęsiste nad smutnym końcem Emmy Horton) i czekoladą (bo lubię). Już po pół godzinie seansu chusteczki poszły precz, bo to co Brooks robi swojej widowni można porównać tylko do tortur. Są komedie, które zaczynają się świetnie, pointa goni pointę,
dowcipy sypią się jak z rękawa, a bohaterowie są wspaniali. Potem wszystko
spektakularnie trafia szlag. Są i takie, dla których warto przecierpieć katusze
pierwszych kilkunastu minut, bo potem fabuła rusza z kopyta, postaci zaczynają
być sympatyczne, a i humor się wyostrza. Niestety Skąd wiesz? nie należy
do żadnej z tych kategorii. Przez bite dwie godziny z ekranu wieje nudą i nie da
się mimowolnie nie spoglądać na zegarek, w oczekiwaniu rychłego zakończenia
katuszy. Aż trudno mi uwierzyć, że James L. Brooks wyrządził sobie i widzom taką
krzywdę (był nie tylko reżyserem, ale i scenarzystą filmu). Miałka fabuła,
niewyraźni bohaterowie (zapewne zażywali zbyt małe dawki Rutinoscorbinu),
cieniutkie i nie śmieszne dowcipy... Tylko na tyle stać człowieka, który
stworzył postać Melvina Udalla, cierpiącego na nerwicę natręctw pisarza, którego
mały palec u stopy zdaje się mieć więcej osobowości, niż wszyscy bohaterowie
Skąd wiesz? razem wzięci? Smutne. Lisa (irytująca Reese Witherspoon), jest w przełomowym momencie swojego życia. Z powodu wieku została wykopana z narodowej drużyny baseballowej, jej oszczędności topnieją, a sprawy sercowe również nie mają się za dobrze. Kobieta ma do wyboru Matty’ego (irytujący Owen Wilson), narcystycznego, za to dobrze sytuowanego zawodnika o mentalności i IQ pięciolatka, lub Georga (nie, tym razem nie irytujący, ale mało charyzmatyczny Paul Rudd), który co prawda właśnie stał się finansowym i zawodowym bankrutem, ale za to jest do rany przyłóż. Ponadto, gotowy na monogamiczny związek z Lisą, czego przerośnięte ego Matty’ego mogłoby nie znieść. Biedna, mała kobietka, cóż ona ma teraz począć? Problem polega na tym, że guzik mnie to obchodzi. Podobną historię widziałam już setki razy i to lepiej zagraną i opowiedzianą. Wiem, jak się skończy: Lisa ostatecznie wybierze tego odpowiedniejszego. Szkopuł w tym, że ten odpowiedniejszy, również nie jest dobrym wyborem: patrzący na dziewczynę jak wół na malowane wrota, zdaje się być zupełnie pozbawiony osobowości. Ponadto jest biedny i mało seksowny. Gdzie się podziali bohaterowie kina lat dziewięćdziesiątych, którzy posiadali pełen zestaw cech księcia z bajki: bogaty, przystojny, gotowy na stały związek zaopiekuje się dziwką o złotym sercu (Pretty Woman, 1990) lub panią sprzedającą bilety w metrze, również przesympatyczną (Ja cię kocham, a ty śpisz, 1995)? Czyżby ten straszny kryzys, o którym wszyscy mówią, pożarł również ich? Na polu romans film poniósł sromotne fiasko (najromantyczniejszym wyznaniem jest stwierdzenie, że facet wie, iż jest zakochany, gdy używa prezerwatyw uprawiając seks z innymi kobietami-a może to miało być śmieszne?; litości!). Z aspektem komediowym również nie jest lepiej: najzabawniejszym fragmentem filmu jest moment, w którym George upija się z rozpaczy, a jest to humor na poziomie piaskownicy. Jedynym wątkiem, który się tu broni, jest postać sekretarki Annie; to ona odnajduje prawdziwą miłość, zapewnia namiastki wzruszenia. Niestety jest postacią marginalną, więc Kathryn Hahn nie miała szansy w pojedynkę uratować filmu. Po skończonym seansie tego nieudanego filmu, pozostało mi tylko zgrzytanie zębami nad zmarnowanym czasem. I czekolada.
Autor recenzji:
Marta Kolorz |
|
|||||