|
|
To właśnie miłość
Przyznam się z ręką na sercu - nigdy nie byłem fanem komedii romantycznych. Nie umiałem odnaleźć w tym gatunku magii, która przyciąga do kin tak dużą liczbę widzów (nie oszukujmy się - raczej płci żeńskiej). Może to kwestia fabularnej schematyczności tego rodzaju filmów, albo faktu, że większość z nich jest przesłodzona do granic bólu. "To właśnie miłość" to jednak film znacznie wyższej jakości niż przeciętny przedstawiciel tego gatunku. Dla mnie ten film to idealna komedia romantyczna, zawierająca wszystko to, czego oczekujemy od tego typu filmów podane w idealnej formie. A wszystko to utrzymane w niesamowicie przyjemnym klimacie okołobożonarodzeniowym. Fabuła filmu składa się z kilku przeplatających się wątków. Poznajemy więc osoby, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego - ojca starającego się pogłębić kontakty z synem, męża zdradzającego żonę z młodszą koleżanką z pracy, premiera Wielkiej Brytanii zainteresowanego swoją pracownicą, mężczyznę, który po rozpadzie małżeństwa szuka odpoczynku na południu Francji etc. Wszystkie historie biegną równolegle obok siebie, ale przenikają się w kilku ważnych punktach. Wszystkie mają także wspólny element - miłość. Reżyser i scenarzysta, Richard Curtis, poprzez różne elementy fabuły pokazuje nam różne rodzaje miłości - ojcowską, namiętną, nieszczęśliwą, przyjacielską, spełnioną etc. Mimo że brzmi to cukierkowo i schematycznie, Curtisowi udała się bardzo trudna sztuka - historia nie jest przesłodzona i nawet nastawiony krytycznie widz powinien się w nią wczuć i przeżywać razem z bohaterami. Majstersztykiem jest także sam sposób prowadzenia fabuły przy takiej ilości wątków - żadna z postaci nie staje się głównym bohaterem, wszystkie są równie ważne. Także sposób, w jaki w trakcie filmu się zazębiają (w czasie - a jakże - Bożego Narodzenia) jest naprawdę świetny. W filmie nie ma ani jednej sceny, która byłaby niepotrzebna, zbyt długa czy zwyczajnie bezcelowa. Dla mnie to swego rodzaju reżyserski majstersztyk. Dużą rolę odgrywa w filmie także obsada - wybrano naprawdę
świetnych aktorów, którzy na dodatek bardzo dobrze odnajdują się w swoich
rolach. Mamy więc Liama Neesona (znanego przede wszystkim ze swoich ról w
"Batman: początek" czy "Mrocznym Widmie"), Hugh Granta, Alana Rickmana, Colina
Firtha, Keire Knightley i całą masę innych równie dobrych artystów. W moim
prywatnym rankingu na czołówkę wysuwają się Alan Rickman (grający niewiernego
męża) i Colin Firth (w roli zdradzonego męża). Są niesamowicie naturalni i
tworzą postacie, w które wierzymy od początku i nadają im niesamowitą głębię
(poza tym prywatnie jestem wielkim fanem głosu Rickmana). Pewne zastrzeżenia mam
do Hugh Granta - dla mnie jest on tym typem aktora, który w praktycznie każdym
filmie gra siebie. I tutaj jest podobnie, oglądając go na ekranie nie umiem
zobaczyć w nim premiera UK (który, sądząc po scenariuszu, miał być lekką kalką
"młodego i zbuntowanego" Tony'ego Blaira) - widzę po prostu Hugh Granta, który
zachowuje się dokładnie tak, jak Hugh Grant. Jego postać nie jest przez to zła
czy niestrawna, ale mimo wszystko nie przyciąga tak uwagi. Widzieliśmy to już
milion razy. Z ról drugoplanowych muszę wskazać na dwa "smaczki", bez których ta komedia romantyczna z całą pewnością nie bałby tak dobra - Billy Nighy i Rowan Atkinson. Ci dwaj aktorzy momentami wręcz kradną cały film skupiając uwagę tylko na sobie. Nighy'emu przydzielono nawet osobny wątek, w którym (jako Billy Mack) stara się sprzedać swój nowy singiel "Christmas Is All Around" (który jest prostą przeróbką jego starego hitu "Love is all around") i robi, co może, aby jego kawałek stał się najlepiej sprzedającą się świąteczną piosenką tego roku. Jest w tym wszystkim tak niesamowicie zabawny i ujmujący, że nie da się zapomnieć jego występu. Drugi jest Rowan Atkinson - co prawda pojawia się raptem dwa razy na ekranie, ale sceny z nim są wręcz magiczne. Jego drugie pojawienie się na ekranie traktujemy jak wejście starego znajomego i mimowolnie się uśmiechamy. Jego postać ma za zadanie przypadkowo pomagać głównym bohaterom - w pierwszych wersjach scenariusza miał być Aniołem, ale porzucono ten pomysł. Mimo to jest jakby "nie z tego świata", co świetnie wpływa na atmosferę filmu. Właśnie, atmosfera. Nad "To właśnie miłość" unosi się przez cały seans atmosfera świąt. Nie jest to typowy świąteczny film, nie skupia się na Wigilii, Świętym Mikołaju, prezentach etc., ale mimo wszystko czuć w tym wszystkim Ducha Bożego Narodzenia - okresu kiedy ludzie starają się być lepsi dla siebie i odczuwają ten szczególny nastrój radości i nostalgii. Nie jest on tutaj nachalnie rzucony na pierwszy plan, ale delikatnie przewija się przez cały film, subtelnie podkreślając emocje i motywy głównych bohaterów. Z racji przynależności filmu do danego gatunku nie uniknięto w nim wielu schematów. Historie tutaj zawarte są oczywiście momentami przerysowane i absolutnie niemożliwe w prawdziwym świecie (zwłaszcza wątek z Colinem Fithem pod tym względem góruje). Jednak mimo wszystko nie są one w żaden sposób dotkliwe, nie obrażają inteligencji widza, który przecież idąc na komedię romantyczną spodziewa się pewnej umowności przedstawionego świata, skupionego przede wszystkim na wywoływaniu wzruszenia itp. emocji. I to się udaje, bo mimo braku realizmu scenariusz nie przekracza linii, za którą większość widzów przestałaby przyjmować ten film do siebie i zaczęłaby się zwyczajnie śmiać. "Uroczy" - to najlepsze słowo określające "To właśnie
miłość". Jest to komedia romantyczna o kilka klas wyższa od tego, co zazwyczaj
kojarzy się z tym gatunkiem. Jeżeli tylko nabierzecie odpowiedniego dystansu,
możecie przez dwie godziny oderwać się od szarej rzeczywistości i poczuć klimat
miłości w bożonarodzeniowym duchu. Wesołych świąt wszystkim! Ocena: 8/10
Autor recenzji:
Robert 'Solar' Szymczak
|
|
|||||