|
|
To wspaniałe życie
Sens życia według Franka Capry Dlaczego warto żyć? Jaki jest sens naszej egzystencji? Na te
pytania próbuje się odpowiedzieć już od czasów starożytnych. Nic dziwnego, że
rozważania na temat istnienia człowieka przeniknęły również do środowiska
filmowego. Z pozoru wydaje się, że filmy traktujące o sensie życia są trudne do całkowitego zrozumienia. Nie oglądałem zbyt wiele obrazów poświęconych tej istotnej rzeczy, także do „Tego wspaniałego życia” nie podchodziłem z jakimś dystansem. Słyszałem o tym filmie sporo dobrych rzeczy, więc czym prędzej zapragnąłem go oglądnąć. Nieco ponad dwie godziny spędzone na oglądaniu filmu minęły w bardzo miłej atmosferze. Tyle na wstępie, teraz przejdźmy do sedna… George Bailey (James Stewart) jest właścicielem firmy
udzielającej kredyty budowlane. Jest to jedyna firma, która nie poddała się
władzy podłego biznesmena – pana Pottera (Lionel Barrymore). W Wigilię jego
wujek gubi 8 tysięcy dolarów. George załamuje się i chce popełnić samobójstwo. Z
pomocą z Nieba zostaje zesłany jego Anioł Stróż – Clarence. Ta fabuła, wydawać by się mogło, że wyjęta z działu literatura fantastyczna, jest idealnym podłożem do zrozumienia jego treści. Myślę, że cel obrazu Capry był jasny – pokazać ludziom jak lekceważą największy boski dar – życie. I mogę powiedzieć, że udało mu się to perfekcyjnie. Ukazanie świata z perspektywy George’a niewątpliwie daje widzowi szansę przemyślenia i zrozumienia głównego tematu „Tego wspaniałego życia”. Na szczęście Capra nie wprowadza nas na psychologiczne ścieżki przeżyć głównego bohatera i nie stara się zrobić z filmu zawiłego dramatu psychologicznego. Jednak oprócz przesłania, w mojej głowie przewijały się myśli, na temat tego, który z aktorów zagrał lepiej. Z jednej strony James Stewart, którego poznałem i polubiłem dzięki występom w filmach Hitchcocka, z drugiej Lionel Barrymore – aktor jak dotąd mi nieznany. Pierwszy to w filmie postać dobra, prawa i szlachetna, drugi to bezduszny, podły i niewidzący nic poza czubkiem swojego nosa łajdak. Stewart i tym razem mnie nie zawiódł, natomiast objawieniem dla mnie stał się Barrymore. Z tej bitwy aktorów naprawdę ciężko wyróżnić lepszego, ale to tylko lepiej wpływa na film Capry. Chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie o
klimacie. W „Tym wspaniałym życiu” jest on przejmujący, urzekający, wręcz można
powiedzieć magiczny. A to za sprawą m.in. dwóch aktorów wspomnianych wyżej, ale
i dzięki pięknej scenerii miasteczka. Na dodatek po filmie patrząc na nieciekawą
rzeczywistość, poczułem niezwykle optymistyczne odczucia. Każdego widza, który
nie ma serca z kamienia jak przeciwnik głównego bohatera obrazu, film powinien
wewnętrznie poruszyć, a nawet skłonić do urojenia łez. Nie na darmo mówi się o
nim, jako o jednym z najważniejszych filmów w dziejach kina. „To wspaniałe życie” jest idealnym filmem do obejrzenia podczas Bożego Narodzenia. To na pewno dobra forma odpoczynku od typowych, świątecznych obrazów puszczanych w TV non stop. Gdyby tylko nasza kochana telewizja puściła jakiś film z głębszym przesłaniem przed godziną 23.00, to byłby prawdziwie świąteczny cud. Ocena: 10/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||