|
|
Włatcy Móch. Ćmoki, czopki i mondzioły
Płaskie muchy To nie lada problem recenzować film, którego postaci mówią w języku brzmiącym chwilami podobnie jak język polski, aczkolwiek leksykalnie i składniowo daleko od polszczyzny – i to nawet dla początkujących - odbiegającym. Niestety, twórcy nie przewidzieli wersji z dubbingiem albo chociaż z napisami, takiej dla ignorantów, co mają satysfakcję pisząc „władcy much”. Istnieje przez to spore prawdopodobieństwo, że osoby o mentalności dorosłych, a przynajmniej ludzi dojrzalszych wewnętrznie od ośmioletnich protagonistów filmu, nie zorientują się, gdy z ekranu pod ich adresem skierowane zostaną pogardliwe epitety: „ćmoki”, „czopki” i „mondzioły”. Słowa te padają z ust jednego z czwórki głównych bohaterów, który, tak jak i jego kumple, zobaczywszy w szklanej kuli wróżbitki swoją przyszłość, dochodzi do wniosku, że we współczesnej Polsce lepiej nie dorastać. Dlaczego? Bo oznacza to stać się sługusem hipermarketowego systemu albo własnej żony, nie mówiąc już o egzystencjalnej nędzy prób odgrywania roli jakiegokolwiek autorytetu, na przykład, a może zwłaszcza, w szkole. Oczywiście, pod warunkiem, że w otaczającej rzeczywistości w ogóle uda się dożyć późnych lat, co w wypadku Czesia – żywego trupa, któremu mózg wystaje z czoła – okazało się wyzwaniem nie do sprostania. Jakby motywacja urwisów do odpuszczenia sobie walki o lepsze jutro wydawała się nie wystarczająca, reżyser kompromituje jeszcze mit bogoojczyźnianego bohaterstwa i poświęcenia. Święte cnoty polskości nie zbawiły pary snujących się po cmentarzu wojennych weteranów-zombie, którym czyściec zastępuje czysta, żołądkowa, gorzka, a i woń siarki nie kojarzy się z odmętami piekieł. Przyznaję, że w pierwszych minutach projekcji, ta groteskowo-fatalistyczna wizja przeszłości i przyszłości Rzeczpospolitej zamkniętych w beznadziejnej teraźniejszości naszego kraju, zapowiada ambitną, bluźnierczą rozprawę z Polską o obliczu ziemi zamieszkałej przez wiele upiorów, ale nie odnowionej niczyim duchem. Wrażenie obcowania z animowanym filmem, aspirującym do bycia manifestem świadomości młodego pokolenia rodaków, stymuluje także turpistyczna estetyka produkcji Kędzierskiego. Koślawy, gryzmołowaty obraz udatnie pełni funkcję wizualnego ekwiwalentu zwyrodniałego języka bohaterów. Pomysłowości, a może przenikliwości autorowi starcza jednak
jedynie na karykatury figur i gestów: nauczyciele prawią morały, rodzice
strofują, ksiądz zawodzi „alleluja”. Gawiedź otrzymuje okazję do bezmyślnego
rechotu, ale bardziej uważny widz prędzej czy później zda sobie sprawę z pustki
filmowych postaci. Prawdziwa groteska ujawnia bowiem tragizm, tymczasem
zdeformowane kształty i wulgarny słowotok bohaterów nie znaczą wiele więcej niż
to, co widać i słychać. Fabularny zabieg odkrycia przyszłych losów ośmiolatków
stanowi desperacką próbę nadania owego rysu tragizmu kreskówkowym osobowościom,
usprawiedliwienia jałowości ich bytowania w ekranowym świecie. Poprzez takie
rozwiązanie Kędzierski strzela sobie jednak samobójczą bramkę. Trudno
zidentyfikować się z czwórką przegranych już na starcie buntowniczej drogi, gdy
to oni właśnie mieli nam podsuwać współczesne wzory kontestacji. Czyżby autor
przestraszył się anarchicznego potencjału swoich postaci? Przecież losy
niejednego polskiego „włatcy móch” bynajmniej nie potoczyły się tak źle,
wystarczyło trochę pokrzyczeć „Balcerowicz musi odejść”, trochę pokompromitować
dotychczasowe autorytety i już lądowało się w sejmie. Ratunkiem dla filmu byłaby zjadliwa satyra na kraj, w którym urzeczywistnienie ideału niedojrzałości jest niemożliwe, w którym zewsząd atakują nas gombrowiczowskie formy. Kędzierski nie odważył się jednak pokazać nawet „gęb” rodziców głównych bohaterów, cóż dopiero mówić o ideologicznych kajdanach tradycji, historii i narodowych wierzeń. Zamiast ujawnienia antagonisty głównych postaci w przedstawionym świecie, twórcy pokazują kreatury wychowawców do życia w społeczeństwie, co w dobie nauczycieli napastowanych przez uczniów wydaje się lekkomyślnym posunięciem. Brak antagonisty sprawia również, że postanowienie ośmiolatków, aby zatrzymać się w rozwoju, staje się irracjonalne, a co najmniej mało przekonujące. Dlaczego właściwie Czesio i spółka mają nie dorastać, skoro ich obecna egzystencja jest w sumie równie mało pociągająca, jak ta przepowiedziana przez wróżkę? Za co ich polubić? Z jakiego powodu im kibicować? Bo są niefrasobliwi, ordynarni i poszukują eliksiru młodości? Może trudno w to uwierzyć, ale przy bohaterach filmu Kędzierskiego więcej wdzięku posiadali już choćby Beavis i Butt-Head. Obleśnym smarkaczom z MTV zależało na racjonalnych, konkretnych przyjemnościach: zaliczeniu laski, nachos, oglądaniu telewizji i leniuchowaniu. Trudno mi natomiast sympatyzować z Czesiem w jego pasji wchodzenia w psie kupy. Znamienne, że w sprawie sposobu na oszukanie czasu i pozostanie na zawsze w wieku dziecięcej niewinności (?) ośmiolatkowie konsultują się ze swoimi maskotkami. Tym samym ostatecznie żegnamy się z myślą o poznaniu jakiejś propozycji młodych na bunt wobec rzeczywistości dorosłych. Włatcy móch Kędzierskiego nie chcą dorosnąć nie dlatego, że gwarantuje to wierność sobie, czy jakiejś idei, lecz ponieważ pragną być kochani. Ale nie miłością dojrzałą, międzyludzką, tylko taką, jaką darzą się dzieci i ich misie w ekranowym świecie, czyli uczuciem, jak wszystko w filmie, wziętym w cudzysłów splugawienia. Do osiągnięcia szczęścia nie trzeba tu zatem burzyć praw natury i ustanawiać nowego porządku, wystarczy się trochę „zmechacić” i zacząć funkcjonować jako na pół żywa, na pół martwa przytulanka. Fenomen popularności serialu, którego pełnometrażowa wersja kinowa jest przecież ukoronowaniem, świadczy o tym, że Kędzierskiemu udało się stworzyć bohaterów kochanych, choć właściwszym, zgodnym z ich rozumieniem pojęcia miłowania, jest określenie „zajebistych”. Czy doprawdy wyczerpało to ambicje autora? Czy wizerunki „włatcuw” służyć mają tylko jako śmieszne obrazki w telefonach komórkowych i na ubraniach? Może Czesio jednak powinien być medium jakiejś przekornej idei, a nie tylko marką i synonimem serialu? Jak na razie, „zajebiste”, „zajebiaszcze”, „zajefajne” teksty, postaci i rysunki filmu Kędzierskiego mają siłę wywrotową wulgaryzmu na drzwiach szkolnej toalety, napisanego oczywiście z błędem ortograficznym.
Autor recenzji: Radosław Osiński |
|
|||||