|
|
Wrota do piekieł
Powrót Raimiego w niezłym stylu Po wyreżyserowaniu trzech przygód człowieka pająka, Sam Raimi postanowił wrócić wspomnieniami do swoich filmowych korzeni (trylogia „Martwe zło”) i zrealizował „Wrota do piekieł”. Tytułowe wrota to przejście do naszego świata, przez które mogą przedostać się wszelakie duchy i demony. Do otworzenia takich wrót potrzebne jest wykwalifikowane medium (oczywiście po wcześniejszej zapłacie 10 tys. dolarów). Taką sytuację przeżywa Christine Brown – młoda dziewczyna pracująca w banku, bowiem pewnego dnia do niej przychodzi Sylvia Ganush – cyganka, której odebrano dom. Błaga ona Christine, aby przedłużyła jej kredyt hipoteczny, lecz bez skutku. Wściekła kobieta rzuca na Christine klątwę. Od tej chwili ma ona trzy dni, by uporać się ze straszliwym demonem zamierzającym zabrać ją w piekielne czeluści. Nie odkryję Ameryki pisząc, że horror jako gatunek filmowy
przez ostatnią dekadę dostał wielkiej zadyszki. Twórcom już brak pomysłów, jak
sprawić, aby widz podskoczył z fotela ze strachu, a nie zamykał oczu z
obrzydzenia bądź zażenowania – dobrym przykładem może być cała seria „Piły”,
gdzie czasami po prostu z oczywistych powodów unika się patrzenia na ekran. W końcu w obsadzie nie ma jakichś filmowych outsiderów. Jest całkiem niezła Alison Lohman i Justin Long – haker ze „Szklanej pułapki 4.0”. Dodatkowo dobra Lorna Raver i David Paymer. Jak wspomniałem, „Wrota do piekieł” nie kuleją przez aktorstwo, ale też nie jest ono integralnym elementem filmu i nie podnosi zbytnio artystycznego poziomu. Raimi nie zawiódł także, jeśli chodzi o tempo akcji i
straszne sceny. Film nie nuży ani na chwilę, ale nie ma bezmiaru momentów
przerażających. Co ważnego można jeszcze dostrzec we współczesnych horrorach?
Hektolitry krwi rozlewane na prawo i lewo. Na szczęście Raimi uchronił się od
tej plagi obezwładniającej ludzkie oczy, np. w działaniach pana Układanki (ach,
znowu porównanie do nieszczęsnej „Piły”) i zrobił zaskakujące, a czasami lekko
obrzydzające sceny związane z opętaniem demona. Ale Raimi we wszystkim zachowuje
umiar, a to się bardzo ceni. Charakteryzatorów też trzeba pochwalić, przede wszystkim za świetne ukazanie złej cyganki. Ich wkład pracy uwydatnia się w czasie, gdy Sylvia Ganush widnieje na ekranie. Począwszy od szkaradnych paznokci, aż po samą złowieszczo wyglądającą twarz – Sylvia Ganush naprawdę momentami może przerazić, a oto właśnie chodziło. Reasumując polecam „Wrota do piekieł” jako film lekko wybijający się ponad dzisiejsze standardy kina grozy. Jeżeli polubicie ten obraz Raimiego, to czym prędzej nie zwlekając oglądnijcie całą trylogię ‘Martwego zła”. Jeżeli macie to już za sobą, cierpliwie czekajcie na czwartą część, która ma być gotowa w 2011 roku lub kolejny raz odwiedźcie opuszczony domek na pustkowiu i przeczytajcie „Necronomicon”. Ocena: 7/10
Autor recenzji:
Bartek 'Bates' Panek |
|
|||||