|
|
Zły Mikołaj
Jeśli cukierkowa atmosfera Świąt Bożego Narodzenia przyprawia
Cię o mdłości, wprost nie znosisz wzajemnego składania sobie życzeń, choinki i
Mikołaja występującego w reklamie Coca-Coli już z końcem listopada to chciałbym
Ci, Drogi Czytelniku, wypisać receptę na celuloidową odtrutkę na większość tych
świątecznych „niestrawności”. Jest nią „Zły Mikołaj”. Tytułowym Złym Mikołajem jest Willie – życiowy ‘wisielec’,
który co Święta przywdziewa strój Św. Mikołaja i, cierpiąc iście chrystusowe
męki, siedzi w centrum handlowym wysłuchując co dzieciaki chciałyby dostać pod
choinkę. Towarzyszy mu Marcus – cwany i wyrachowany karzeł przebierający się za
elfa. Choć Willie nie przeszedłby pewnie żadnej rozmowy kwalifikacyjnej, to
dzięki swojemu kompanowi, co roku przywdziewa czerwono-biały kostium. Wszystko
to jest jedynie przykrywką do wielkiego skoku, bowiem ta nietypowa dwójka od lat
opróżnia sejfy centrów handlowych, by do następnych Świąt wieść luksusowe życie
(Marcus) lub wszystko przepić (Willie). Fajnie jest obejrzeć w Święta film o prawdziwej postaci z krwi i kości, której nie oświetlają żadne osobowościowe świecidełka. Mało tego, osobowość bohatera jest w stanie niewiele lepszym od jego wątroby. Willie jest zgorzkniały, odpala papierosa od papierosa, po otworzeniu drzwi od strony pasażera z jego samochodu wypada stos pustych flaszek, a gdy wchodzi do sklepu dla puszystych, pod drzwiami przebieralni za pulchnymi łydkami można dostrzec opuszczone czerwone spodnie. Nic sobie nie robi z życia, a słowo 'fuck' wypowiada równie często, jak bohaterowie filmów Tarantino. W sezonowej pracy pije, sika w swoje luźne spodnie, obdarza dzieci cynicznymi uwagami, a nawet w stanie upojenia alkoholowego, wzmożonego poczuciem bezsensu, rozwala świąteczne dekoracje. Taka postać to idealny antybohater i pomimo wszystkich jego przymiotów, bardzo trudno nie czuć do niego sympatii. Jest to zasługa nie tyle świetnych scenarzystów, co Billy'ego Boba Thorntona, który stworzył popisową kreację. Ze sceny na scenę rysuje on nieco karykaturalny portret gościa, który wykoleił się na życiowych torach. Operuje świetną mimiką, odpowiednim spojrzeniem, w którym momentami da się dostrzec błysk świadczący o tym, że zjeżdżając po tej dolnoskrętnej spirali wcale nie jest mu tak źle. Pozostali aktorzy, choć również zagrali dobrze, są dla niego jedynie tłem. Obraz Terry'ego Zwigoffa pełen jest wyśmienitych, cynicznych i wulgarnych dialogów. Każda postać jest świetnie napisana. Nie ma takiej, która nie pasowałaby do tego wybitnie osobliwego grona. Największą zaletą filmu jest jednak to, że tak jawnie kpi on sobie ze Świąt. Scenariusz sprawia, że mam wrażenie, iż początki jego tworzenia wyglądały tak: dwóch gości wzięło kartkę papieru, długopis i wypisało wszystkie rzeczy, które nie powinny znaleźć się w komedii świątecznej, a następnie zrobiło z nich materiał na film. Obraz ten nie zostawia suchej nitki na świątecznej otoczce jednocześnie, aczkolwiek bez żadnego moralizowania, zwraca nam uwagę na istotę Bożego Narodzenia. Podczas gdy Marcus kradnie futra i inne interesujące go rzeczy, Willie pyta "Po co ci ten chłam? Są Święta." Nie myślcie jednak, że w głównym bohaterze nastąpi banalna przemiana typu: czarne staje się tak białe, że może je reklamować Zygmunt Chajzer. Mimo zachodzących w nim zmian, Willie od początku do końca jest wiarygodny. "Zły Mikołaj" towarzyszy mi już od kilku lat po powrocie z rodzinnej Wigilii i zapewne nie jestem wyjątkiem. Film ma w sobie to, co "Kevin sam w domu". Choć to skrajnie różne produkcje, to obie są tak dobre, tak zabawne i tak trafiają w poczucie humoru swoich odbiorców, że nieważne, ile razy je oglądałeś. Gdy przyjdą Święta, zrobisz to ponownie. Jeśli jednak nie widziałeś jeszcze "Złego Mikołaja", to najwyższy czas udać się do sklepu/wypożyczalni, przed telewizor i zrealizować otrzymaną ode mnie receptę na oczyszczający świąteczny seans. Udanych Świąt!
Autor recenzji:
Michał 'Dusqmad' Jaglarz |
|
|||||