|
|
Siedmiu Samurajów
To, że największą potęga przemysłu filmowego jest Hollywood, nie podlega żadnej
wątpliwości. Trudno zliczyć kolejne produkcje wypływające ze Stanów
Zjednoczonych, które często są nic nie warte, jednak ze względu na całą otoczkę,
towarzyszącą wydaniu kolejnego filmu, każdy go zna i zapewne poświęci czas na
jego obejrzenie. Taka sytuacja zrodziła pewną ortodoksyjność, wielu ludzi całe
Hollywood uważa jedynie
za komercję i wielki rynek pieniężny, który wręcz niszczy „prawdziwe kino”.
Paradoksalnie, uważają za wspaniałe, każde inne dzieło, gdzie nazwisko reżysera
brzmi bardziej egzotycznie. W ich podejściu można znaleźć trochę prawdy, jednak
chyba zapomnieli, że Amerykanie także stworzyli wiele filmów, które dzięki
swojej oryginalności stały się kinowymi klasykami, a poza tym pełne kiczu
produkcje można znaleźć wszędzie. Mimo wszystko, coraz rzadziej poświęca się
czas na oglądanie filmów powstających w innych zakątkach świata, a naprawdę
szkoda, bo na każdego czeka tam sporo wrażeń. Jest mnóstwo ludzi, którzy uważają
się za prawdziwych znawców kina, a słysząc takie nazwiska jak Bergman czy
Fellini, otwierają ze zdziwienia szeroko oczy. Do dwóch mistrzów wymienionych
wcześniej, koniecznie trzeba dołączyć kolejne nazwisko. Chodzi o pochodzącego z
kraju kwitnącej wiśni Akire Kurosawe, człowieka, którego wpływ na całe kino jest
równie niepodważalny, jak teoria względności Einsteina.
Akira Kurosawa urodził się w 1910 roku w Tokio, a jego pierwsza produkcja – „Sugata
Sanshiro” ujrzała światło dzienne w 1943 roku. W jego dorobku znajduje się około
trzydziestu filmów i sporo z nich to dzieła wciąż cieszące się ogromnym uznaniem
krytyków i widzów. Trzeba podkreślić także rzadko spotykaną długość kariery
reżysera,
Akcja filmu rozgrywa się w XVI – wiecznej Japonii, a dokładnie w małej,
rolniczej wiosce, która co roku jest obrabowywana przez bandytów. W wyniku
straty zapasów żywności, wszystkim mieszkańcom zaczyna grozić śmierć głodowa. W
obliczu niebezpieczeństwa postanawiają wynająć roninów, aby zapewnić sobie
ochronę przed najeźdźcami. Jednak zatrudnienie samurajów, tylko w zamian za
wyżywienie, wcale nie jest takie proste. To jedynie początek fabuły, która w „Siedmiu Samurajach” stoi na bardzo wysokim poziomie. Kurosawa dał się poznać, jako świetny kreator powoli rozwijającej się akcji, która mimo swojej długości (wersja reżyserska, którą oglądałem trwa 206 minut), nie nudzi ani przez chwilę. Przez ten czas mamy okazję bardzo dobrze poznać wszystkich bohaterów oraz to, co w filmach tego reżysera jest zawsze obecne. Chodzi mi o ukazanie mentalności japońskiego społeczeństwa, hierarchii ludności, panującej ideologii oraz wszystkich innych konwencji. Jeśli ktoś uważa, że wie na ten temat wszystko, bo oglądał „Ostatniego Samuraja”, to się grubo myli. W porównaniu z dziełem pana Kurosawy, film ten jest tylko namiastką, a często idealizującą mistyfikacją. Mogę zapewnić, że wszyscy, którzy lubią klimat feudalnej Japonii (ja do tej grupy należę), będą zachwyceni, a Ci, którym jest to obojętne, także zostaną oczarowani specyficzną atmosferą. „Siedmiu Samurajów”, to film, dzięki któremu, nawet mimowolnie, uda się nam poznać ówczesną ludność japońską, a wszystko to odbędzie się bez żadnych odstępstw od prawdy, czy naciąganych zagrań.
Jeśli chodzi o grę aktorską, to mamy do czynienia z bardzo przyzwoicie
wykreowanymi postaciami. Na pewno nie jest to aktorstwo najwyższych lotów,
jednak nie spotkamy się tutaj z ludźmi, którzy na kinowym ekranie znaleźli się
przez przypadek. Bardzo podobała mi się rola Toshiro Mifune, który grał aż w
szesnastu filmach Kurosawy. Postaci, w które się wcielał, zawsze odznaczały się
sporą specyfiką charakteru, a „Siedmiu Samurajów” nie jest wyjątkiem. Już od
samego początku rzuca się nam w oczy lekko szaleńcze i porywcze usposobienie
Kikuchiyo, szczególnie, gdy kompletnie pijany przychodzi do pozostałych
samurajów i oferuje swoją pomoc
Chyba najmocniejszą stroną filmu jest ogromny realizm, który rzuca się w oczy
choćby w rozgrywanych bitwach. Nie spotkamy się tutaj z efektownymi unikami,
szybkimi atakami lub bezgranicznym heroizmem. Trzeba pamiętać, że chłopi,
biorący udział w walce, uzbrojeni jedynie w naostrzone drzewka bambusowe,
pierwszy raz stają
Pomijając wszelkie techniczne kwestie, takie jak muzyka, scenografia i montaż,
które z racji czasu powstania filmu, nie stoją na wysokim poziomie (może poza
choreografią),
trzeba zwrócić uwagę na esencję tej produkcji. Oglądanie „Siedmiu Samurajów”, to
taka sentymentalna podróż w przeszłość, do kina, które było wolne od schematów
i efekciarstwa. Ten film ma swoją niepowtarzalną głębię oraz klimat, czyli to,
co jest najważniejsze. Niejednokrotnie przyłapiemy się na tym, że przeżywamy
losy bohaterów. Każdy z nich różni się od siebie charakterem i sposobem bycia,
co pozytywnie wpływa na identyfikację z nimi. Na pewno niektóre z postaci będą
nam bliższe, zachowanie innych będzie nas irytować, ale nigdy nie spotkamy się z
osobą, obok której przejdziemy obojętnie i która chociaż na chwilę nie przykuje
naszej uwagi. Wszystko to jest zasługą ogromnego kunsztu reżysera, oraz
pozostałych ludzi odpowiedzialnych za film. „Siedmiu Samurajów” to film wybitny. Pełny wzruszeń, refleksji, a momentami obfitujący w humor. Wciągająca akcja i przemyślana fabuła sprawia, że nie wiadomo kiedy mijają trzy i pół godziny seansu (w wersji reżyserskiej). Ta produkcja jak najbardziej zasłużenie zajmuje miejsca w pierwszej dziesiątce większości rankingów filmowych wszechczasów. Po obejrzeniu można tylko poczuć żal, że Akira Kurosawa nie nakręci już więcej filmów. Na pocieszenie zostaje fakt, że zdążył stworzyć wiele innych wspaniałych dzieł, a po zobaczeniu „Siedmiu Samurajów”, nie sposób oprzeć się niewysłowionej sile, która jak magnes przyciąga nas do głębszego poznania filmografii japońskiego reżysera.
Autor recenzji:
Karol 'Kirk' Janusz
|
|
|||||