|
|
Angielska robota
Rok 1971 nie był dla świata zbyt szczególny. Na uwagę najbardziej zasługują jedynie odejścia tak wielkich ludzi jak Coco Chanel, Jim Morrison czy Louis Armstrong, natomiast w Polsce wyemitowano pierwszy program w kolorze. Do tych wydarzeń, dla niektórych ważnych, bądź obojętnych, należałoby dodać jeden z największych i najzuchwalszych napadów w historii brytyjskiej bankowości. Obrabowany został londyński Lloyd’s Bank, mieszczący się na rogu ulic Baker Street i Marylebone Road. Nic by nie było w tym nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że sprawców do dnia dzisiejszego nie odnaleziono, a kwota ponad 3 milionów funtów rozpłynęła się w powietrzu jak kamfora. Złodzieje w ciągu jednej nocy wykopali długi podkop (prawie 8 ton gruzu), przebili się przez metrową, żelbetonową podłogę, splądrowali blisko 300 skrytek pocztowych, a wszystko to pod osłoną nocy, gdy Londyn sobie smacznie spał. Od czasu słynnego włamania minęło ponad 35 lat i dopiero
teraz powoli dowiadujemy się całej prawdy o tym zdarzeniu. W jej lepszym
poznaniu pomoże nam film Rogera Donaldsona pod tytułem „Angielska robota”.
Australijski reżyser podjął się dość trudnego zadania. Zdobycie materiałów do
scenariusza zajęło ponad 12 lat, a dotarcie do uczestników graniczyło z cudem.
Jednak włożony trud jak najbardziej się opłacił. Głównym bohaterem „Angielskiej roboty” jest Terry Leather (w
tej roli charyzmatyczny Anglik, Jason Statham – „Transporter”), właściciel
małego komisu samochodowego, który niczym specjalnym się nie wyróżnia. Żyje z
dnia na dzień, próbując jakoś związać koniec z końcem. W przeszłości robił różne
przekręty, ale tylko na małą skalę, rzadko wychylając się poza swoje podwórko.
Pewnego dnia pojawia się jego dawna miłość, Martine Love, z propozycją nie do
odrzucenia. Planuje obrabować jeden z największych banków Londynu, Lloyd’s Bank.
Paradoksem jest to, że feralny bank znajdował się ulicy Baker Street, na której
mieszkał, sławny z powieści Arthura Conan Doyla, detektyw Sherlock Holmes. Terry, po bardzo krótkim przeanalizowaniu wszelkich za i przeciw, postanawia pokierować ekipą, która ma dokonać napadu stulecia. Do wykonania zadania potrzebował ludzi i niczym Danny Ocean z filmu „Ocean’s Eleven” zbiera grupę specjalistów, jedynych w swoim fachu, bez których plan z pewnością by się nie powiódł. Wybrani najlepsi z najlepszych dokonują rzeczy, o których nikomu w najgorszych koszmarach się nie śniło, a zwłaszcza właścicielom blisko 300 opróżnionych przez nich skrzynek bankowych. Leather wraz ze swoją świtą nie przewidzieli tylko jednej rzeczy. Przez grabież banku otworzył tak zwaną Puszkę Pandory, niosącą ze sobą zbieg nieprzewidywalnych zdarzeń. Skrytki, oprócz pieniędzy i kosztowności, zawierały różne tajne, często upokarzające materiały, które przenigdy nie miały ujrzeć światła dziennego, a Lloyd’s Bank miał im to zagwarantować. Grupa Terry’ego nieziemsko się wzbogaciła, jednak droga do wolności i radości ze zdobyczy, od momentu wyjścia na jaw kradzieży, wydłużyła się w nieskończoność. Oprócz ścigającej ich policji, mają na karku bezlitosnego producenta filmów dla dorosłych (w tej roli David Suchet, znany głównie z roli Herculesa Poirot), radykalnego fanatyka ruchu afrykańskiego, Michaela X, oraz wszystkich tych, którzy boją się ujawnienia zawartości ich skrytki bankowej, w tym nawet wysoko postawione głowy państwa. „Angielska robota” jest brytyjskim produktem i wielu widzów ten fakt już na samym początku może odrzucić. Ogólnie wiadomo, że angielskie filmy są bardzo specyficzne i ciężkie dla przeciętnego odbiorcy. Z tym obrazem jest całkowicie na odwrót. Nie mamy tutaj do czynienia z wartką akcją, pościgami, strzelaninami, wszechobecnymi, przesadzonymi efektami specjalnymi (największym wynalazkiem jest krótkofalówka). Jest ciekawą historią, zrealizowaną w mistrzowski sposób. Krótka piłka: grupka ludzi za pomocą młota pneumatycznego, kilofa i łopaty rabują bank, bez zabawek i gadżetów na miarę superagenta Jamesa Bonda. Sam napad jest tylko wstępem do całej intrygi, a o przewidzeniu zakończenia możemy naprawdę pomarzyć. Na ogromne brawa zasługują aktorzy, bo z każdą kolejną sceną widzimy ich zaangażowanie w powierzone role. Jason Statham jak zwykle jest genialny, a jego partnerzy na najwyższym poziomie. Tak samo jest ze zdjęciami do filmu. Ich autor, Michael Coulter, ojciec zdjęć do obrazu „Cztery wesela i pogrzeb” – okrzykniętego obok „Żywotu Briana” najlepszym filmem w dziejach brytyjskiej kinematografii – jak mógłby zawieść. Dzięki zebraniu najlepszych filmowców, genialnych aktorów oraz opowiedzeniu całkowicie nowej historii, mamy bardzo dobre kino. Kiedyś oglądaliśmy „Włoską robotę”, dziś mamy inną, w angielskim wykonaniu, stanowczo lepszą od tej makaroniarskiej.
Autor recenzji: Łukasz 'zgrud' Grudzień |
|
|||||