Kotka na gorącym, blaszanym dachu

Tytuł oryginalny: Cat on a Hot Tin Roof
Reżyseria: Richard Brooks
Scenariusz: Richard Brooks, James Poe
Zdjęcia: William H. Daniels
Muzyka: Charles Wolcott
Produkcja: USA
Gatunek: Dramat
Data premiery (Świat): 18.09.1958
Czas trwania: 108 minut
Obsada: Elizabeth Taylor, Paul Newman, Burl Ives, Judith Anderson, Madeleine Sherwood,
Jack Carson


 

 Gra pozorów

Tennessee Williams był, i jest, wielkim dramaturgiem XX wieku. Jednym z najlepszych w całej historii. Jego sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Noc iguany”, „Szklana menażeria” czy „Kotka na gorącym blaszanym dachu” to historia teatru. Pierwsza i ostatnia zostały z powodzeniem przeniesione na srebrny ekran, stając się wielkimi wydarzeniami w świecie filmu. Za obie otrzymał zresztą Nagrody Pulitzera. W tej recenzji postaram się sprawdzić jak gorąca jest tytułowa kotka.

W rodzinie Pollittów sprawy nie mają się najlepiej. Wielki Tata – Politt – jest umierający i przy tym nieprzyzwoicie bogaty. Na schedę po przyszłym denacie zęby ostrzy sobie jego syn Cooper z żoną Mae, matką piątki rozpuszczonych dzieci (szóste w drodze) oraz druga synowa, piękna Maggie. Kobieta ma jednak problemy z mężem-alkoholikiem, Brickiem, ulubieńcem Wielkiego Taty, który nie chce brać udziału w pogoni z pieniędzmi ojca. W dzień swych urodzin, senior rodu, któremu lekarz nie powiedział prawdy o właściwym stanie jego zdrowia, będzie światkiem ujawnienia wielu tajemnic i intryg.

„Kotka na gorącym, blaszanym dachu” to obraz rodziny, która w pewnym momencie się zagubiła. Małżeństwo Maggie i Bricka jest w zasadzie fikcją. Para nie sypia ze sobą, mają oddzielne łóżka. On pije na umór, chcąc zapomnieć o tym, co było i o tym, co jest. Ona oszukuje samą siebie, że wszystko jest w porządku i tak przestawia sytuację innym. W sztuce Brick był homoseksualistą (w filmie nie jest to wprost powiedziane), stąd też oraz z pewnego wydarzenia z przeszłości biorą się ich problemy. Oboje piękni, młodzi a jednak wydaje się, że uwięzieni są w nierozwiązanych problemach przeszłości przez co ich życie stoi w bezruchu. Maggie jednak kocha męża, nie wyszła za niego dla pieniędzy czy jego urody. Z kolei Mae i jej wybranek podporządkowali swoje życie walce o pieniądze, zapominając o rodzinnych więzach, zaślepieni wizją przyszłych profitów nie potrafią współczuć czy pomóc w rozwiązywaniu chorej sytuacji, w której cała rodzina się znalazła. Mamy wreszcie głowę rodziny, Wielkiego Tatę, który stracił więź z synami nie zdając sobie sprawę z cierpień Bricka i poświęcenia Coopera.

Przychodzi jednak noc, podczas której wszystkie problemy, żale, chowane urazy w końcu wychodzą na jaw. Opadają pozory szczęśliwego życia, wszyscy zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że tylko rozmowa, przebaczenie i zrozumienie wyprowadzą ich na prostą, pozwolą odetchnąć świeżym powietrzem.

 

Nie jest to oczywiście łatwe, wszyscy bowiem mają swoje racje, czują się samotni, opuszczeni, oszukani. Każda z postaci przeżyła swój własny dramat, Brick stracił swojego ukochanego, a zarazem przyjaciela, o co obwinia żonę. Maggie mimo, że świadoma była orientacji Bricka zawsze czuła się upokorzona tym, że stoi na drugim planie. Cooper czuł, iż ojciec faworyzuje jego brata, mimo, że to on wypełniał wszystkie życzenia Wielkiego Taty.

Kluczem do wyjścia staje się właśnie rozmowa (jakże w sztuce może być inaczej). To z dialogów dowiadujemy się wszystkiego o przeszłości i stanie obecnym. Ogromną przyjemnością było dla mnie posłuchać jak aktorzy wypowiadają kwestie mające sens, głęboki sens i wartość. Ponieważ twórcy zrezygnowali z otwartego przedstawienia Bricka jako geja, co było oczywistym posunięciem ze względu na obyczajowość ówczesnego Hollywood, jego orientację podsuwają nam w wielu dwuznacznych dialogach i sytuacjach. Widz sam musi odgadnąć prawdę (co nie jest takie trudne), uważnie śledzić każde słowo, myśleć.

To ujawnianie się ducha sztuki ma też jednak swoje wady. Niestety to, że film jest adaptacją dramatu wystawianego na deskach teatru, da się wyczuć. Ujęcia w poszczególnych miejscach są długie, co niekiedy trochę nuży (zwłaszcza pod koniec), montażysta nie mógł narzekać na nadmiar pracy.
Niekiedy dekoracje mogłyby być mniej „studyjne”, bo nieraz rażą swą sztucznością (mimo bardzo dobrych zdjęć).

Nie zwracamy natomiast uwagi na ograniczoną ilość bohaterów, bowiem aktorzy grający w filmie pochłaniają całą naszą uwagę. Mamy tu bowiem świetny duet aktorski; a mianowicie zjawiskowo piękną Elizabeth Taylor i nachalnie przystojnego Paula Newmana. Taylor dziś większości widzów kojarzy się raczej z nieźle „szurniętą” starszą panią z dziwaczną fryzurą (z komentarzy na pewnym portalu filmowym dowiemy się jeszcze, że była „lafiryndą”). Jednak swego czasu Elizabeth była (i nadal jest) jedną z największych gwiazd Kina, jakie kiedykolwiek świeciły na firmamencie Fabryki Snów. Była jedną z tych kobiet, przed którymi respekt żywiły największe wytwórnie, a widownia bezgranicznie kochała. Taylor dysponowała również magnetyzującą urodą. Jednak najważniejsze, że ma ogromny talent, a rola Maggie zaliczana jest do jej najlepszych występów, za który zdobyła nominację do Oscara. Podobnie jak Paul Newman, inna legenda ekranu, który w roli Bricka jest niezapomniany. Niezwykle naturalny, wiarygodny występ. Te dwie legendy stworzyły znakomity duet, który został w mojej pamięci na długo po seansie, robiąc wrażenie także swym wyglądem.

Nie zapominajmy o świetnym Burlu Ivesie, w roli Wielkiego Taty oraz co najmniej dobrym występie Judith Anderson w roli jego żony.

„Kotka na gorącym, blaszanym dachu” to piękne połączenie opowieści o ludziach i ich problemach, związanych ze zmianami w społeczeństwie i wyrafinowanego aktorstwa z duetem Taylor – Newman na czele. Dla miłośników klasyki pozycja obowiązkowa, a i pozostali mogliby się przekonać, że „Piraci z Karaibów” to tylko oddalone przedmieścia prawdziwego centrum Kina. Ponoć sam Tennessee Williams nienawidził ekranizacji swoich sztuk i krzyczał do ludzi chcących kupić bilet na film, żeby poszli sobie do domu. A to po części za sprawą tych filmowych adaptacji jego twórczość wciąż oddziałuje na ludzi, zachwycając kolejne pokolenia.
 

Autor recenzji: Czarek 'Ovë' Czartoryjski

 

Skomentuj recenzję