|
|
Dom dusz
Milczenie jest złotem Filmowe opowieści będące rodzinnymi sagami z natury są pozycjami godnymi uwagi i czasu widza. Nie inaczej jest z filmem „Dom dusz” według powieści Isabele Allende. Film opowiada o ubogim farmerze, Estebanie, który po śmierci pięknej narzeczonej wyrusza w głąb kraju chcąc założyć własny dom, na który ciężko przez wiele lat pracował. Po pewnym czasie przekształca podupadającą hacjendę w jedno z najbogatszych gospodarstw w kraju. Esteban nie jest jednak szczęśliwy, czegoś brakuje w jego życiu. Na pogrzebie matki spotyka siostrę swojej ukochanej, Klarę. Postanawia poprosić o jej rękę, mimo plotek o nadprzyrodzonych zdolnościach dziewczyny. Klara zgadza się zostać jego małżonką i wraz z siostrą Estebana przeprowadza się do jego posiadłości. Wkrótce rodzi im się córka. Mąż jednak nie może zaznać pełni szczęścia, zazdrosny o dziwną więź łączącą jego żonę i siostrę. Niebawem okazuje się także, że nie było przesady w pogłoskach o zdolności Klary... Jak już napisałem, takie opowieści są z natury niezwykłymi
przeżyciami. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta: niezwykła historia
składająca się na mozaikę pełną wieloznaczności, aktorstwo wysokiej próby w
wykonaniu gwiazd, rezygnacja z efektowności wizualnej na rzecz duchowych
przeżyć... „Dom dusz” jest właśnie wykreślić „właśnie” uosobieniem w najczystszej postaci takiego właśnie podejścia do kina. Opowieść oparta na szeroko dyskutowanej powieści Allende nie należy do najprostszych. Skupia się bowiem na wielu osobach, ich przeżyciach, doświadczeniach, pragnieniach i rozbieżnościach w postrzeganiu szczęścia, a także osiąganiu drogi do niego. W tym wykreślić „tym” klimacie tej opowieści lepiej zorientują się osoby znające historię Chile lub chociaż orientujące się w prawach, jakie panowały wtedy na kontynencie południowoamerykańskim. Nie będę ukrywał, że historia, którą widzimy, nie należy do najciekawszych: opowiedziana jest powolnie, bez nagłych zwrotów akcji. W wielu momentach jest przewidywalna, często się dłuży. Jednak w tym wypadku chodzi o to, aby przekazać wartości uniwersalne, a historia sama w sobie nie ma wartości nadrzędnej. Jest ona głównie tłem dla wspaniałego popisu aktorskiego. A zapewniam was, że takie nazwiska jak: Streep, Close, Irons, Ryder gwarantują naprawdę ciekawe doznania. Mi osobiście najbardziej spodobały się Meryl Streep i Glenn
Close ze wskazaniem na tę pierwszą. Meryl po raz kolejny udowadnia, że nie bez
przyczyny uchodzi za jedną z najlepszych aktorek w historii kina. Wspaniale
wczuła się w swoją postać ujmując cały jej tragizm i tajemniczość. Myślę, że
właśnie do niej należał cały film, ponieważ kiedy znika z ekranu historia staje
się o wiele mniej ciekawa. Dar Klary jest poniekąd jej przekleństwem, z którym
jednak potrafiła żyć, i który nauczyła się szanować mimo bólu, jaki ze sobą
niesie. Muszę pochwalić reżysera za to, że ukazał ten aspekt opowieści bez
śmieszności, która towarzyszy przedstawieniu nadprzyrodzonych zdolności postaci
w innych filmach. Z męskiej obsady warto zwrócić uwagę Jeremy’ego Ironsa,
chociaż w jego przypadku miałem wrażenie, że chwilami przesadził z gestami,
które czasami są po prostu puste. „Dom dusz” nie jest opowieścią dla każdego. Powiedziałbym wręcz, że jest dla zdecydowanej mniejszości widzów, którzy bardziej cenią sobie ciekawą grę aktorską i wielowątkową opowieść, aniżeli wciągającą i pozwalającą zapomnieć o problemach rozrywkę rodem z Fabryki Snów. Dlatego film polecam dojrzałym widzom, wielbicielom talentu aktorskiego występujących w nim gwiazd czy osobom, które interesują się tłem politycznym Chile (zmiany ustroju, upadki ideałów, to również składa się na interesujący klimat filmu). Inni mogą sobie tę pozycję bez skrupułów odpuścić, nie znajdą tu bowiem dla siebie nic, co by ich zaciekawiło. Obraz Augusta nie jest arcydziełem, żelazną pozycją, którą za wszelką cenę trzeba zobaczyć. Nie oferuje widzowi nic, czego nie może znaleźć w innych dziełach. Owszem ma naprawdę ciekawe aktorstwo, kilka pięknie przedstawionych ujęć (ta scena, kiedy Blanca z córką siedzą w domu Estebana pod koniec filmu), niezłą muzykę autorstwa Zimmera (aczkolwiek nie poruszyła mnie ona niczym szczególnym). Jednak Streep, Ryder czy Close można zobaczyć w wielu innych filmach, Zimmer napisał już dziesiątki lepszych partytur, mnóstwo filmów może pochwalić się pięknymi ujęciami (zwłaszcza, że film od strony technicznej pozostawia wiele do życzenia). „Dom dusz” nie zdobył żadnych prestiżowych nagród czy nawet
nominacji, nie stał się przebojem kasowym, nie był pożywką medialną. I być może
dobrze się stało, pozwala to, bowiem podejść do tematu bez całego zgiełku
towarzyszącego ambitnym, lecz związanym z machiną marketingową tego rodzaju
projektom. Nie znaczy to jednak, że na uznanie nie zasłużył. Prawdziwy kinoman
powinien zapoznać się z tym nieco już zapomnianym filmem, a z pewnością
niejednokrotnie do niego wróci.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||