|
|
Dziewczyna gangstera
“Glina, który wolałby być artystą... Boss, który
wolałby być komikiem... Dziewczyna, która wolałaby być gdziekolwiek, byle nie
między tymi dwoma” Zwykle na hasło „komedia romantyczna” otwiera mi się nóż w
kieszeni. Bo wiem, jak to będzie. Całość rozegra się w środowisku jakichś
japiszonów, co zatrudnili się w agencji reklamowej, bądź redakcji z gatunku „Glamour”,
najpierw się nie będą kochać, potem będą, potem nie będą, potem będą, potem
będzie jakaś wyjątkowo tandetna scena pocałunku... A, i zapomniałem o
bracie-idiocie oraz przyjacielu, który zna się na każdym zakamarku kobiecego
ciała. Z kolei słuchając dialogów poznajemy wszystkie możliwe wariacje definicji
„uprawiania miłości” i dowiadujemy się, jak mówić/nie mówić na męskie/żeńskie
narządy płciowe. Przesadzam? Nie znam się? Wstyd powiedzieć, ale się trochę znam
i nie przesadzam. Na takich zasadach w mniejszych, bądź większych proporcjach
zbudowane są zarówno zachodnie, jak i nasze rodzime love story (wyjątek jest
ten, że część dotycząca dialogów pojawia się raczej w nurcie młodzieżowym - vide
„Haker” Zaorskiego). Owszem, są jeszcze komedie z Meg Ryan, ale obecnie nie
tworzy się standardu, jakim było „Pretty Woman” czy podobne produkcje. Po takiej
wypowiedzi ktoś jest gotów pomyśleć, że jestem nieczułym, aseksualnym typem, ze
skłonnościami sterylizacyjnymi. Bynajmniej. Ludzie, którzy będą przeszukiwać
moją videotekę, znajdą w niej niepowtarzalny tytuł - „Dziewczyna gangstera”.
Film z gazety, za psie pieniądze, kiepska wersja, bo napisów niet i tylko
lektor, dodatków null, co więcej, jak pewnej znajomej zakomunikowałem, że mam
komedię romantyczną pod takim tytułem, zmroziła mnie wzrokiem i oświadczyła „To
NIE jest komedia romantyczna”. No i sumie mogła mieć rację. Bo która komedia romantyczna
zaczyna się od kasacji handlarza narkotyków oraz kompana przez
mordercę-psychopatę? W której komedii romantycznej co drugi bohater nosi broń i
rzuca raz po raz „fuckami”? W końcu, w której komedii romantycznej główni
antagoniści to policjant i ważny gangster? Ale z czystym sumieniem powiem, że
moja koleżanka akurat tutaj racji nie miała. „Dziewczyna gangstera” (tytuł tyleż
uroczy, co nie mający z oryginałem i treścią wiele wspólnego) to komedia
romantyczna pełną gębą, tyle, że z wyraźnym wątkiem kryminalnym. Wrażliwi i
tradycjonaliści pewnie w tym momencie sobie odpuszczą czytanie i podziękują za
seans, pozostałym tłumaczę dalej. Bohaterem nie jest tu dziarski przystojniacha
o urodzie Hugh Granta czy Matthew McConaughey’a, ale wspomniany glina. Po
czterdziestce, z lekkim brzuszkiem, w dodatku strasznie, jak na stróża prawa,
nieasertywny. I tu się zaczyna komedia, bo gra go nikt inny, tylko sam Robert De
Niro - ten sam, który w „Taksówkarzu” rozwalał w pojedynkę bandę sutenerów, a w
„Ojcu chrzestnym 2” tworzył od podstaw mafijne imperium w U.S. Of A. Wayne Dobie
(bo tak się De Niro tu zwie) aka Zły Pies (jak on tego pseudonimu nienawidzi!)
wiedzie nudne i samotne życie w równie dużym, co pustym mieszkaniu, spalając się
za nierealnym marzeniem, by być sławnym fotografem. Ale los daje mu szansę i
pewnego dnia do drzwi gliny puka młodziutka Uma Thurman. Jej bohaterce, Glorii,
która już dawno zapomniała, że chciała być znaną aktorką, bliżej do
girl-next-door w typie MJ Watson, niż rozdartej jak prześcieradło redaktor
działu „Love and Sex”, operującej na zmianę komórką i laptopem. Wayne
błyskawicznie się w niej zakochuje (z wzajemnością, zresztą), ale jest i
antagonista. Tyle, że to nie bardziej bogaty przystojniacha czy wredna zołza z
działu „Dietetyka”. Wspominałem, że Złego Psa i Glorię los ze sobą zetknął? Ekhm...
Kłamałem! Gloria została podarowana jako tygodniowa „dama do towarzystwa” przez
swego pracodawcę-Franka Milo. Frank na zmianę występuje w klubie, robiąc za
komika estradowego (a gra go prawdziwa gwiazda „Saturday Night Live”, Bill
Murray) i rządzi przestępczym półświatkiem jako „Pan Skarbonka”. Uratowany
niegdyś przez Wayne’a, odwdzięcza mu się Glorią, która za długi brata jest
zmuszona do wykonywania najbardziej poniżających prac dla mafiozo - ale chce ją
z powrotem, by „obsłużyła” jego kolegów z branży. Tyle, że w starym porzekadle
ulicy, iż „ładna panna dodaje odwagi” coś się kryje i Zły Pies staje się
naprawdę zły. Film zapomniany, powszechnie dostępny w wersji, którą przedstawiłem akapit wyżej (ponoć jest jakaś wersja droższa, ale jak znam życie, płacimy tylko za nalepkę „SPECIAL EDITION”), w telewizji pokazywany rzadko, De Niro grał lepiej u Scorsese (ten był notabene producentem „Dziewczyny...”), Thurman na wyżyny wyniósł Tarantino, scenarzysta Richard Price pisał bardziej kasowe fabuły... Ale zwyczajnie trudno go nie pokochać. Pierwszy plus to fakt, że usatyfakcjonowane będą obie strony: panie zobaczą romans, panowie mniej wrażliwi pocieszą się gangsterką. Dalej historia jest opowiedziana ciekawie i bez zbędnych dłużyzn. Postacie się podobają, bo i De Niro i Thurman grać potrafią, a i chemia między nimi jest bliższa uczuciom zwyklaków (scena na kanapie w domu Wayne’a jest znacznie bardziej nasycona miłością niż szalone romanse na biurku w „CosmoClaudii”). No i jest ten element humoru -partner Złego Psa, który wprawdzie robi za dyżurnego Don Juana, ale za to z gracją i taktem, bodyguard Franka kojarzący wszystko i wszystkich z gwiazdami kina lat 50., wreszcie sam Pan Skarbonka, który kawały opowiada nie gorzej niż spece w HBO! Na Stojaka! No i jest jeszcze ostatnia scena, w której De Niro wyraźnie „mruga” do fanów Jake’a La Motty. Dobra, wiem... I tak pewnie przekonałem grupkę ludzi, że to film romantyczny, reszta uzna, że to jakiś trzeciorzędny kryminalik. Niech im będzie, w końcu mamy swobodę przekonań. Ale gdy w końcu znudzą się im plastiki, które udają wielkie uczucie, a w zasięgu nie będzie Megusi R., niech chwycą za tę oryginalną opowiastkę o prawdziwej, zwykłej miłości, a mają moje słowo, że się nie rozczarują. „Nie ma Glorii... bez ryzyka”
Autor recenzji:
Maciej Gaździcki |
|
|||||