|
|
Żegnaj, moja konkubino
Judging by the look
on the organ-grinder, Gra. Każdy z nas chyba miał w swoim życiu moment, w
którym chciał grać, być aktorem, tworzyć inne wersje świata i siebie samego.
Głęboko zakorzeniona w nas potrzeba poszerzania egzystencji często wybiera ten
sposób, aby pchnąć nas ku przedłużaniu bytu. Nasza podróż zaczyna się w 1924 roku. Mały Douzi zostaje
oddany przez matkę do szkoły operowej. Kobieta, sama jeszcze bardzo młoda i
bardzo zdesperowana, odcina mu szósty palec u dłoni, aby został przyjęty za
bramy… piekła. Chińska szkoła aktorów nie jest miejscem, gdzie ktokolwiek zazna
miłości i ciepła, czegokolwiek poza morderczym treningiem, obelgami i iskrą,
która jeżeli masz talent, wydobędzie z ciebie płomień. Jeżeli nie posiadasz
takowego – pogrąży cię w otchłań, z której się nie podniesiesz, niszcząc cię
doszczętnie. Douzi można uznać za dziecko szczęścia (ironia?). Jest nie tylko
utalentowany, ale wbrew temu co napisałem (nie myśl Czytelniku, że chciałem Cię
oszukać) znajduje namiastkę szczęścia w osobie przyjaciela Shitou. Mijają lata.
Chłopcy stają się mężczyznami. Cheng Dieyi (dawniej Douzi) i Duan Xiaolou (przed
chwilą jeszcze Shitou) zachwycają publikę swoim wykonaniem słynnej opery ‘Żegnaj
moja konkubino’. Duan poślubia jednak wkrótce prostytutkę, Juxian. Cheng wie, że
powodzenie opery wynika z niezwykłej więzi, jaką są połączeni od młodości.
Pojawienie się Juxian może wszystko zniszczyć. W tym miejscu ostrzegam Cię Czytelniku, że recenzja ta będzie
jednym wielkim zachwytem nad tą niezapomniana operą. Bo film Kaige Chena jest
operą z tą różnicą, że forma nigdy nie przysłoni Ci treści. Oba te składniki idą
w parze tworząc film, który niczym same Chiny,
potrafi porazić okrucieństwem, a jednocześnie pochłania bez reszty pobudzając
wszystkie zmysły. Jest to zarazem obraz niezwykle poetycki i miejscami trudny w
odbiorze, pełen metafor, ukrytych znaczeń i odniesień do kultury. Czymże jest to
jednak dla Ciebie towarzyszu w wędrówce? Ale wracając do rzeczy. Podczas tej
wycieczki, jak już z pewnością wiesz, spotkasz Cheng Dieyi. Bardzo przystojnego
i eleganckiego młodego człowieka. Dla psychologów musi być to niebagatelny okaz.
Dla mnie to jedna z najbardziej poruszających postaci, jakie zdarzyło mi się
spotkać podczas mych licznych wypraw. W młodości oddzielony od matki, która sama
była jeszcze dzieckiem. Najpierw odcięła mu palec, by potem zostawić samego w
miejscu, gdzie słów ‘litość’ i ‘zrozumienie’ nikt nie wymawiał od wieków.
Zapewnie było to jedyne wyjście, by przetrwać. Czy można uciec jednak
przeznaczeniu? Trzeba pamiętać, że szkoła operowa AD 1924 była miejscem, gdzie
dziecko stawało się materiałem, który niczym diament trzeba wydobyć i
oszlifować, aby cieszył oko nabywcy. Dzieci poddawano morderczym wręcz
treningom, tworząc z nich maszyny przygotowane do bezbłędnego odtwarzania ról.
Należy przy tym pamiętać, jak ważnym elementem w kulturze chińskiej był teatr.
Nie liczyło się poświęcenie, jakie aktor wkładał w rolę, tylko efekt widoczny na
scenie. Przez czas kiedy oczy publiki spoczywały na nim, musiał być bezbłędny.
Rygor, jakiemu poddane były dzieci, niszczył ich indywidualność i dokonywał
upośledzenia aktu autokreacji osobowości. Douzi przeznaczony był do roli
kobiety, przeprowadzano więc swoiste pranie mózgu, aby ‘przekierunkować’ jego
świadomość płciową. Istnieje teoria, według której chłopiec w momencie rodzenia
się u niego samoświadomości płciowej zobligowany jest trzykrotnie przekonać
innych, jak i samego siebie, że nie jest po pierwsze: kobietą, po drugie –
dzieckiem, po trzecie – homoseksualistą. U Douzi ten proces zostaje przerwany,
zablokowany (bo po pierwsze jest przecież kobietą, po drugie ‘niewolnikiem’, a
po trzecie… zaraz, zaraz. Nikt się nie łudzi, że w Chinach sprzed kilku dekad
ktokolwiek o homoseksualizmie mówił?). Oczekuje się od niego akceptacji samego
siebie w kategoriach kobiety. Jego wewnętrzny głos zostaje zagłuszany przez
otoczenie, które biciem i karami chce złamać opór tego nadzwyczaj zawziętego
chłopca. Można w tym momencie polemizować i udowadniać, że pojęcia ‘męskość’ i
‘kobiecość’ nie istnieją w zakresie rzeczywistości biologicznej, ale są z góry
narzucane i ustalane przez otoczenie. Douzi jednak odmawia przyjęcia roli
kobiety, przeczuwając, że zatraci w ten sposób jakąś cześć własnej osobowości,
zrobi krok, którego nie da się cofnąć, a który będzie jednocześnie
zapoczątkowaniem aktu autodestrukcji. Film, o którym mowa nie jest jednak bajką,
Douzi przegrywa. Dokonuje się to w znaczącej scenie, gdy ze strużką krwi
wygłasza swoją kwestię, będącą aktem bezwarunkowej kapitulacji. Mija pewien
czas, a Douzi staje się Cheng Dieyi, aktorem, który swoją wersją konkubiny (bo
wszak w tym wypadku trudno już mówić o roli) zdobywa niebywałą sławę i uznanie.
Na scenie występuje razem z Duan Xiaolou, który jest królem. Ci mężczyźni są dla
siebie wszystkim. W szkole opiekowali się sobą nawzajem, dając namiastkę ciepła
i bliskości, która pozwoliła mi przetrwać. Teraz stanowią duet na scenie
odnosząc niebywały sukces. Cheng jest jednak konkubiną, to bardzo ważne i
dlatego tak zanudziłem Cię Czytelniku na wstępie. Nie przechodzi operacji zmiany
płci w sensie fizycznym. O nie. Zapewniam Cię, że niejedna kobieta na jego widok
porzuciłaby swych bożków z amerykańskich i wenezuelskich seriali. W sferze
psychicznej nie jest jednak do końca mężczyzną. Można tu zaryzykować
stwierdzenie, że staje się hybrydą w sferze psychoseksualnej, łącząc w sobie
(najgorsze) cechy mężczyzny i kobiety. Postać Chenga jest fascynująca w najwyższym stopniu. Jest bardziej zajmująca niż przyszła żona księcia Williama i kolejne dziecko z Kambodży, które niebawem adoptuje Angelina J. Nie przesadzę chyba, jeżeli napiszę, że to jedna z najbardziej pociągających mnie istot, z jakimi podczas mego flirtu z X Muzą się spotkałem. Leslie Cheung swoją rolą pochłania maksymalnie i niepodzielnie. Jest niesamowity. Aż strach pomyśleć, że nigdy wcześniej nie widziałem go na ekranie. Zniewala, paraliżuje, rzuca na kolana. Tworzy dwie kreacje w jednej: Chenga i konkubinę. Enigmatyczne połączenie. W każdym wypadku jest mistrzem. Kilka scen to perfekcjonizm najwyższej klasy. Z niezapomnianym makijażem czy bez porywa swoją rolą. On całkowicie rozumie swe postaci, każdy ich cal. Ma kontrolę nad każdym gestem, każdym słowem, spojrzeniem. To niebywałe. Brak mi słów, by oddać mój zachwyt nad tym, co stworzył. Jeśli w innych filmach pokazał chociaż 1/2 tego mistrzostwa, to stanie się moim ulubionym aktorem azjatyckim. A przecież to nie koniec! Znajdziesz tu mój drogi Czytelniku megagwiazdę azjatyckiego Kina - Li Gong. Li jest moim zdaniem jedną z najpiękniejszych kobiet świata. Ma wszystko, co cenię w kobiecym wyglądzie: czyste, krystaliczne piękno, tajemnicę, nieodgadnioną siłę i delikatność. Li jest również świetną aktorką, a chociaż ma w dorobku lepsze role, to każda minuta z jej udziałem w ‘Konkubinie’ jest warta przejścia przez prawie trzy godzinny film. Słyszę ‘nudny’? Nigdy. Przenigdy. Jakże jedna z najwspanialszych kultur może być nudna? Zwłaszcza, że kultura ta nie jest ‘tłem’, ‘dodatkiem’ do plastikowych dialogów rodem z ‘Domu latających sztyletów’. Reżyser Chen jest niczym kapłan odprawiający obrzęd sakralny (requiem?) ku czci tradycji i kultury, szarganej wojnami z Japonią, ewakuacją Czang Kaj-szeka na Tajwan i Rewolucją Kulturalną. Podobnie jak w przypadku ‘Wyznań gejszy’ (mam na myśli książkę, filmu Marshalla wolę nie wspominać), widzimy jak to, co niegdyś podziwiane i szanowane staje się pośmiewiskiem, obdartym z czci ‘burżuazyjnym’ spektaklem. Rewolucja pożera własne dzieci, pożre i sztukę. Kultura zawsze przeżywa kryzys, mniejszy czy większy, nawet jeśli my go nie widzimy. To, co powinno być chronione dla przyszłych pokoleń, niszczy się w imię jakichś wartości. Dla Chińczyków ‘Żegnaj moja konkubino’ musi być filmem niezwykle wymownym i ważnym. Jest taki także i dla mnie, bo w tym starciu przegraliśmy wszyscy. Cheng zatracił siebie, stracił ukochanego, ‘konkubinę’. Duan i Juxian stracili dziecko, również to, co ich łączyło. Nikt nie zasłużył na taki los, zwłaszcza Juxian, która starała się przecież zrozumieć Chenga. Nie była jedną z ‘tych złych’, chociaż Chen unika wybielania bohaterów swej opery. Miała swoje wady, walczyła jednak z nimi, lecz Cheng zawsze ‘zrzucał płaszcz’, który ona mu podawała. Wszyscy są uczestnikami gry, w której nikt nie może wygrać. ‘Żegnaj moja konkubino’ to obraz, którego nie da się ująć
słowami. Można próbować, lecz wtedy wychodzą recenzje takie jak ta, trochę bez
składu i porządku. Wcale nie przemawia przeze mnie nachalna skromność. W
konfrontacji z obrazem Chena zostają tylko szekspirowskie ‘słowa, słowa’. Raz na
jakiś czas zdarzają się takie filmy, jak ten uświadamiając mi, jak wiele wciąż
muszę się nauczyć, ile rzeczy poznać i spróbować zrozumieć. ‘Żegnaj moja
konkubino’ to lekcja jedyna w swoim rodzaju, niezapomniana i upajająca. Długo
zastanawiałem się, jaki film zabrał Globa ‘Niebieskiemu’. Przy obrazach tej
klasy nagrody nie mają jednak znaczenia (a film zdobył wiele: dwie nominacje do
Oscara, Złotą Palmę, Srebrną Żabę na Camerimage i kilkanaście innych). Poetycka,
przesycona emocjami historia, delikatna i misterna jak sieć pająka, gdy raz się
w nią złapiesz, nie zdołasz się uwolnić. Na dzień dzisiejszy obok takich filmów
jak ‘Zawieście czerwone latarnie’ czy ‘Spragnieni miłości’ najlepszy azjatycki
film ostatnich trzech dekad. I tylko jedno mnie boli. To, że Ty drogi Czytelniku
prawdopodobnie nigdy go nie zobaczysz. Smutne, prawda?
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||