|
|
Godziny
Wszystko zaczyna się od
pocałunku Na pozór "Godziny" wydają się kolejnym filmem o życiu kobiet, które mają
wszystko, jednocześnie nie mając nic. Także filmów z przeplatającymi się
historiami było już w kinie wiele. Co więc sprawia, że obraz Daldry'ego jest
wyjątkowy: "Godziny" to przede wszystkim film z podwójnym dnem. Po pierwsze,
mamy to, o czym film opowiada w sposób bezpośredni, czyli historię kobiet, które
mają swoje problemy, słabości, a jedynym wyjściem wydaje im się samobójstwo.
Widz może z powodzeniem obejrzeć film pod tym kątem i wyjdzie z kina z
poczuciem, że zobaczył obraz bardzo dobry, ale z pewnością nie zasługujący na
tyle prestiżowych nagród. Taki widz zobaczy w filmie to co dla oka: świetne
kreacje aktorskie, znakomity montaż, śliczne zdjęcia, niezwykłą charakteryzację
czy znakomitą muzykę. Jest jednak inny sposób, zupełnie inna droga, pełniejsza,
do odczytania "Godzin". Dla mnie jest to obraz o bólu istnienia, metafizycznym
uczuciu, które zdominowało epokę romantyzmu. Virginia jest przecież postacią
niemalże w całości zbudowaną z czegoś niedostępnego - uczuć, a jednocześnie tak
bardzo ludzką. Zwyczajny widz pomyśli, że jest ona wariatką, której po prostu
znudziło się życie na prowincji i chcąc sobie je urozmaicić, postanawia się
utopić. Jednak aby dogłębnie zrozumieć tę postać, należy odwołać się do
prawdziwego życia pisarki, której pokój emocjonalny został zachwiany po śmierci
ojca i całkowicie zburzony poprzez molestowanie seksualne ze strony dwóch braci.
Nie były to czasy, kiedy takie osoby były otaczane opieką specjalistów. To
jednak nie wszystko. Virginia mimo wszystko podjęła walkę o odnalezienie sensu
życia i niestety tę walkę przegrała. Wiedziała, że są wokół niej ludzie, którzy
ja kochają i których ona kocha. Wiedziała, że zrani ich popełniając samobójstwo.
Jak jednak napisała w swojej książce, ktoś musi zginąć. Czasem śmierć innych
pozwala nam bardziej cenić życie! Trzecią kobietą, na której skupia się film jest Clarissa, której życie wydaje się najbardziej ustabilizowane. Jednak i w tym wypadku nic nie jest takie jak się wydaje. Clarissa w głębi serca kocha swojego przyjaciela, on ją także, a jednak obydwoje są homoseksualistami. Kobieta wie, że jej związek z partnerką jest jedynie prowizoryczny; jest namiastką szczęścia. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie jest szczęśliwa, a wszystko w swoim życiu robiła na siłę, aby pokazać samej sobie, że złudzenia którymi żyje, są rzeczywistością. W tym jednak wypadku osobą, która cierpi najbardziej, jest Richard. Jego życie w pewien sposób zostało naznaczone przeżyciami Virginni i Laury. Pozwoliłem sobie aż tyle miejsca poświęcić głównym bohaterkom, aby wykazać że "Godziny" nie są kolejnym dramatem opowiadającym o przeciwnościach losu. Nie dziwię się opiniom na temat tego obrazu, mówiącym że jest to film dziwny, przeciętny czy zaledwie dobry. Nie każdy umie odczytać ten film we właściwy sposób, a tylko tą drogą możemy docenić jego prawdziwą wartość. Należy także napisać, że obraz Daldry'ego nie jest filmem gloryfikującym samobójstwo. Wręcz przeciwnie; pokazuje, że ta droga ciągnie za sobą cierpienie nie tylko osoby która odbiera sobie życie, ale przede wszystkim osób, które tę osobę kochają, potrzebują. Muszę pochwalić reżysera za pracę jaką wykonał nad "Godzinami". Oglądając film
zdawałem sobie sprawę, że miał on bardzo klarowną i pełną wizję tego, jak obraz
powinien wyglądać. Daldry wiedział co chce przekazać i zrobił to w naprawdę
wielki sposób. Mimo to czegoś z jego strony zabrakło. Niektóre elementy nie
pasują do siebie w sposób idealny, czasami przejścia pomiędzy poszczególnymi
opowieściami są nie do końca wyważone, a przecież historie napisane zostały w
sposób wyśmienity. Jest to rzecz, która troszkę psuje sposób odbioru filmu.
Pamiętajmy jednak, że zrobienie filmu z przeplatającymi się opowieściami, to
jedno z najtrudniejszych wyzwań reżyserskich i bardzo łatwo w takich produkcjach
przesadzić (czego najlepszym dowodem jest chociażby polskie "Ciało"). Oczywiście film Daldry'ego to nie tylko role trzech głównych aktorek. Nie sposób jednak wszystkich tu wymienić. Wspomnę jedynie o bardzo ciekawym występie Toni Colette w roli przyjaciółki Laury. Aktorka, mimo iż na ekranie jest dosłownie przez chwilę, naprawdę robi wrażenie. Bardzo błyskotliwie przerysowała swoją postać, która wcale nie jest tak różna od Laury. Warto zwrócić uwagę na Stephena Dillane?a, który bardzo sugestywnie wcielił się w rolę męża Virginii. Natomiast z mieszanymi uczuciami pozostawiła mnie kreacja Eda Harrisa. O ile samo wykonanie stoi na wysokim poziomie, to jego rola homoseksualisty jest bardzo wtórna, nie wnosi nic świeżego czy błyskotliwego i szczerze mówiąc jest trochę męcząca, a nawet irytująca. W pozostałych przypadkach jest już tylko lepiej: Miranda Richardson i pozostali stworzyli naprawdę dobre kreacje sprawiając, że "Godziny" pod względem aktorskim jest niezwykłym zjawiskiem jak na amerykańskie kino. Całkowicie oczarowały mnie zdjęcia, wspaniale dopasowane do tego, co widzimy na
ekranie. W przypadku historii Laury są to bardzo ciepłe, pełne kolorów zdjęcia
świetnie oddające klimat czasów w których pani Brown żyła. Kiedy jednak
obserwujemy życie Virginii, są one już odpowiednio stonowane, bardziej chłodne i
przyciemnione. Natomiast współczesna część filmu opisana jest już zdjęciami
chłodnymi, pełnymi szarości i wyrazistości. Naprawdę idealnie ilustrują one
film, a kilka niezwykłych momentów, jak chociażby sceny z wodą, które są
absolutnie genialne, sprawiają, że Oscar za zdjęcia powinien trafić właśnie do
Seamusa McGarvey'a, którego jednak nawet nie nominowano. Świetny jest także montaż, chociaż konkurencja z pozostałymi filmami była bardzo silna. Rok 2002 był bardzo udany dla Akademii, nominowano bowiem filmy rzeczywiście zasługujące na wyróżnienie, nawet jeśli już z samym przyznawaniem nagród było różnie. Trochę dziwna była także dyskwalifikacja filmu w walce o statuetkę za charakteryzację, była ona nieporównywalnie lepsza od tej nagrodzonej we "Fridzie" i jedyna mogąca konkurować z tą z "Dwóch Wież". Nie jestem pewien, czy nie zapomniałem o jakimś aspekcie, który mnie w "Godzinach" oczarował. Muszę zaznaczyć, że jest to film specyficzny i nie każdy go zrozumie. Nie jest to jednak wina widza, ani tym bardziej twórców. Taki ten obraz miał być w założeniu, przeznaczony dla widza wyrobionego, potrafiącego zrozumieć innego człowieka. "Godziny" nie są jednak projektem bez wad: nie do końca dopracowana reżyseria, niezgranie muzyki, kilka nużących momentów. Z drugiej strony jest obrazem rewelacyjnie zagranym, pełnym nienachalnych emocji, delikatnego napięcia. Film zmusza do myślenia nad wartością życia i przeznaczeniem śmierci, o tym co tak naprawdę ma w życiu znaczenie i o tym jak bardzo krzywdzimy drugiego człowieka postępując zgodnie z samym sobą (!). Są to problemy które w amerykańskim kinie występują bardzo, bardzo rzadko. Nie mogę "Godzin" polecić z czystym sumieniem, większość widzów bowiem nie znajdzie w tym filmie nic poza kunsztowną mozaiką. Jednak wierzę, że są także osoby, które odnajdą w tym filmie opowieść, być może także o samym sobie, która pozwoli im głębiej spojrzeć na własne życie, bowiem "Godziny" to obraz szalenie delikatny, niezwykły, nie wchodzący z butami do naszego umysłu, a będący wyrazem artyzmu może nie w formie arcydzieła, ale z całą pewnością wielkiego.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||