|
|
Gwiezdne Wojny - Epizod 2: Atak Klonów
Across the stars Powiedzmy to sobie prosto w oczy. "Gwiezdne wojny" nie są
jakimś szczególnie wybitnym obrazem. Papierowe postacie, które możemy rozpoznać
po strojach, banalna fabuła, ciągle pojawiająca się plejada dziwaczności i
sprzeczności sprawia, że seria mogłaby zjeść własny ogon oraz efekty specjalne,
które oszałamiają i zadziwiają... naszych dziadków. Kolejki do kas ustawiały się na długo przed tym jak film
"Mroczne widmo" weszło na ekrany kin. Ogromne napięcie... i wielkie
rozczarowanie. Niestety nowy film Lucasa rozczarował wiernych fanów "GW", mimo
iż przyniósł gigantyczne i dosyć niespodziewane zyski. Krytyka nie zostawiła
jednak na twórcach suchej nitki. Nie pomogły ani wspaniałe cyfrowe efekty
specjalne, ani gwiazdy ściągnięte do filmu jak Liam Neeson czy Ewan McGregor.
George jednak nie zraził się tym zbytnio i przystąpił do tworzenia drugiej
części nowej odsłony Star Wars. I tym razem nie odbyło się bez strachu i obaw.
Na szczęście Lucas przypomniał sobie jak się robi "Gwiezdne wojny" i tym razem
mamy prawdziwą kontynuację sagi wszech czasów, czyli "Gwiezdne wojny: Atak
klonów" Fabuła drugiej części nowej trylogii rozpoczyna się w 10 lat po wydarzeniach z "Mrocznego widma". Anakin Skywalker, młody, utalentowany Jedi zgłębia pod okiem Obi-Wan Kenobi zagadnienia zakonu. Tymczasem senator Amidala, była królowa Naboo staje się celem ataku nieznanych sprawców. Zaniepokojony kanclerz Palpatine zleca opiekę nad nią Obi-Wanowi i jego uczniowi. Anakin i Padme spędzają ze sobą dużo czasu, może nawet trochę za dużo. Tymczasem mistrz Skywalkera podąża tropem prowadzącym go do tajemniczego hrabiego Dooku. Już niedługo Anakin i Padme będą musieli pomóc przyjacielowi w walce ze złem, które pragnie zniszczyć republikę... Oglądając ten film poczułem się jak podczas projekcji starych SW. Z wypiekami na twarzy śledziłem kolejne sekwencje ukazujące Anakina i Obi Wana. Film może nie zaskakuje oryginalnością, ale nie pozwala się nudzić i wciąga nas w walki Jedi, rozważania Yody czy pościgi Anakina. Lucas sprawił, że razem z Anakinem dojrzał cały świat Republiki. Ciemne knowania Imperatora zajęły miejsce dziwnych pomysłów Lucasa z "Mrocznego widma". Jednak oglądając Atak klonów" mamy wrażenie, że zaaplikowano nam dawkę "Gladiatora" (walka na arenie), "Piątego elementu" (pościg w mieście) i kilku innych znanych tytułów. Nie razi to jednak zbytnio, jeżeli to wszystko okryte jest płaszczem rycerza Jedi. Lucas miał twardy orzech do zgryzienia szukając dorosłego
Anakina. Wybór padł na młodego, kanadyjskiego aktora Haydena Christensena i moim
zdaniem George trafił w dziesiątkę. Można mieć zastrzeżenia, co do kunsztu
Haydena, ale to był dla niego dopiero debiut w tak dużym projekcie. Zagrał
jednak co najmniej poprawnie. Anakin w jego wykonaniu jest taki słodki. Sceny
jak te w Krainie Jezior czy kiedy Amidala się pakuje sprawiły, że odnalazłem w
dorosłym Anakinie, młodego Skywalkera z "Mrocznego widma", którego zagrał Jake
Lloyd i jednocześnie cień okrutnego Dartha Vadera ze starej trylogii. Naprawdę
polubiłem postać graną przez Christensena. Jeżeli mówimy o efektach specjalnych to "Atak klonów" pod tym
wzglądem zostawił daleko w tyle nie tylko "Mroczne widmo", ale także trylogię
Jacksona. Oscar za efekty specjalne powinien trafić w ręce twórców z ekipy
Lucasa. Cyfrowe efekty po prostu oszałamiają bogactwem szczegółów, pięknem
graficznym i rozmachem. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim kunsztem, w tej
dziedzinie. Wizualnie film otworzył nowa epokę w dziejach kina podobnie jak
stara trylogia 25 lat temu. Miasto Burz, wybuch na platformie, lot przez miasto,
pościg przez pole asteroidów czy finałowa walka klonów zapierają dech w piersi.
Nie sposób wymienić wszystkich wspaniałych i kolorowych momentów filmu. Zadbano
również o dźwięki. Walki na miecze świetlne czy odgłosy miasta są wspaniałe.
Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak kapitalne odgłosy wybuchów bomb
podczas pościgu w paśmie asteroidów (w sumie zasłużył na 3 Oscary: efekty
wizualne, efekty dźwiękowe, montaż efektów dźwiękowych). Kostiumy i
charakteryzacja na wysokim poziomie, podobnie jak cała masa drobnych szczegółów
scenografii. "Atak klonów" to z pewnością godna uwagi pozycja. George Lucas zrobił wszystko, aby podczas Oscarów 2006 otrzymał wymarzoną statuetkę za reżyserię. Wszystko zależy od tego, jak rozegra "Zemstę Sithów", ale po obejrzeniu zwiastuna sądzę, że jest bliski celu. Niech moc będzie z wami i trzymajmy kciuki za trzecią część sagi. Oby była co najmniej tak dobra jak druga. I jeszcze jedna sprawa: nie żałuję, że powstała nowa trylogia. Warto było znieść "Mroczne widmo" chociażby dla tego, że dzięki niemu mógł powstać "Atak klonów". Gwiezdne wojny przezwyciężyły próbę czasu i inne zagrożenia, jak chociażby "Matrixa", który rzekomo skasował "SW". Postrzegając "Atak klonów" w kategoriach rozrywki i dobrej zabawy (powiedzmy sobie szczerze: tylko w tych kategoriach) jest to wręcz film idealny: dobrzy aktorzy, ciekawa fabuła, odrobina humoru oraz niesamowite efekty wizualne, sprawiają, że nie sposób nudzić się na seansie. Łapać za swoje miecze świetlne i do kina!
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||