|
|
Pułapka
O„Dzieci nie są niewychowane. Dzieci są złe” twierdził Nietzsche. W dobie globalizacji i informatyzacji, kiedy różnica między dzieckiem a kobietą, przynajmniej fizycznie, zaczyna się zacierać, a przeciętna kobieta coraz mniej ma w siebie z delikatnego kwiatuszka wymagającego stałej obecności silnego, męskiego ramienia, wszelkie stereotypy wydają się upadać. „Pułapka” wpasowuje się w ten nurt. Pozornie układ mamy dość prosty i mało oryginalny. Ona,
czternastoletni podlotek z wielkimi, niewinnymi oczyma i ledwo zarysowanym
biustem. Trochę przekorna, trochę nieśmiała. Z dużą ciekawością świata, trochę
próbująca pozorować dojrzalszą niż jest w rzeczywistości. Widzimy ją w trampkach
i dżinsach. Dziewczyna, jakich wiele. On, młody i przystojny fotograf. Facet,
który na pierwszy rzut oka nie budzi większych podejrzeń, a wręcz przeciwnie -
spore zainteresowanie. Urywkowo rzucane zdania o tym, jak będzie musiał na nią
poczekać, czy jak niebezpieczne i ryzykowne dla młodej dziewczyny jest
odwiedzanie nowopoznanego mężczyzny w jego domu tylko zwiększają poczucie
bezpieczeństwa. Poznają się na czacie (znak czasu). Taka Lolita i (nieco młodszy
niż w oryginale) Humbert. Tylko im dalej w las, tym coraz mniej rzeczy wygląda
tak, jak wydawałoby się, że powinno. Zwabiona do mieszkania Jeffa Hayley (w tej roli niesamowita Ellen Page), ofiara bezbronna, niewinna, na wyciągnięcie ręki, w przeciągu kilku minut sama staje się katem. Katem bestialskim, aż ciężko powiedzieć, czy tylko na wskutek kunsztownie przygotowanego planu, czy raczej ze względu na jej młody wiek i to, że zachowanie totalnie nie współgra z tym, jak chcielibyśmy ją widzieć. Z jednej strony reżyser pokazuje nam bajkę AD2006 (w jednej z ostatnich sentencji Hayley odchodzi w czerwonej bluzie z narzuconym na głowę kapturem - skojarzenia z popularną baśnią są nieuniknione). Ta dziewczynka prosto z baśni trochę się jednak różni od znanego nam pierwowzoru: jest samodzielna, kreatywna (jakkolwiek w kontekście jej ekscesów brzmi to dość potwornie). W jej sposobie zachowania nie ma nic z dziecka: potrafi być genialną aktorką, wewnątrz pozostając wyrachowaną i bezwzględną kobietą. Cała czasem dość odrażająca fabuła ma nas przekonać do tego,
że pedofilia jest zła, co zresztą potwierdzają ustawodawstwa większości krajów.
Krzywda wyrządzona dziecku charakteryzuje się nieporównywalnie większym stopniem
karygodności niż analogiczna zbrodnia dokonana na dorosłym. I tutaj muszę
przyznać, że mam pewne wątpliwości. Bo chyba żadnego racjonalne myślącego
człowieka nie trzeba przekonywać do tezy, którą Slade stawia swoją „Pułapką”,
głosy postulujące o legalizacje pedofilii są nieliczne i (dzięki Bogu) wciąż
ciche, bez żadnych szans na uwzględnienie. A z drugiej strony, czy to odwrócenie
ról nie wpływa właśnie na nasze myślenie nie tyle o samym zjawisku, bo to
pozostaje dla nas jednak doświadczeniem abstrakcyjnym (Jeff nie skrzywdził
Hayley, w filmie nie widzimy także, by robił to komukolwiek innemu), to tylko
ona próbuje jego, a wraz z nim nas, przekonać o jego winie. I choć rysuje mu
momentami bardzo dokładny portret psychologiczny, to przecież nie podaje
konkretnych dowodów świadczących o nim jako sprawcy brutalnego mordu na jej (czyżby?)
przyjaciółce. Nawet przez ten moment, kiedy poznajemy go jako „myśliwego”, czy
wracając do nomenklatury z Czerwonego Kapturka - wilka, to robi to w sposób nie
nachalny, nie oczywisty, tak w zasadzie brak jest przesłanek, że jej zagraża.
Wręcz przeciwnie - cały czas pokazuje nam się go cierpiącego, terroryzowanego,
zniewolonego, doprowadzonego do ostateczności, kiedy to jest gotów przyznać się
do wszystkiego, byleby tylko zakończyć koszmar zgotowany mu przez niewinnie
wyglądającego podlotka. Nie trzeba być wybitnym dogmatykiem prawa karnego, żeby
przyznać, że zeznania złożone pod przymusem (zarówno fizycznym jak i psychicznym,
więc tym bardziej pod wersją podwójną) nie są wiarygodne. Rozumiem, że zamysłem Davida Slade’a było co innego, ale w pierwszym momencie właśnie tak obraz odebrałam - jako zrelatywizowania tego biało-czarnego postrzegania świata. Ofiara nie zawsze musi być tylko ofiarą, a kat katem. Ciężko nam upatrywać przestępcę, gdy z czasem poznajemy jego najwrażliwsze punkty: niespełnioną miłość, odrzucenie, głęboko skrywany sentymentalizm. Powiedzielibyśmy- „wilk w owczej skórze”, gdyby nie to właśnie, że są to te jego strefy, które głęboko stara się ukryć. Hayley z ironią mówi, że kto wie, może zostałby uznany za dewianta, ale chorego, a nie przestępcę, i że właśnie dlatego nie można puścić go wolno. I choć ciężko nie przyznać jej racji, to czy w pewnym sensie film właśnie go nie wybielił? Albo raczej, czy na pewno skutecznie pokazał go jako oprawcę? Moim zdaniem nie. A przecież, jak głosi stara łacińska paremia, in dubio pro reo (w razie wątpliwości orzekać na korzyść oskarżonego). Trzeba wspomnieć też o kilku technicznych stronach filmu. Nie
lubię amerykańskiego kina, którego co prawda nie za bardzo umiem też
sklasyfikować i wskazać główne jego cechy, ale ten film amerykański jest i widać
to nawet bez zerkania w napisy końcowe. Tylko, że bardzo przyzwoite i znośne,
nawet jeśli momentami bardzo przewidywalne. Zdecydowanie dużym plusem są zdjęcia,
sposób prowadzenia kamery, nagłe zwroty i ciągłe zbliżenia. Całą historię
czytamy z wyrazów twarzy dwójki głównych bohaterów. Trudno też nie zwrócić uwagi
na same zdjęcia, tym razem te fotograficzne.
Autor recenzji:
Anna 'Ocky' Muzyka |
|
|||||