Harry Potter i Zakon Feniksa / Harry Potter and the Order of the Phoenix (2007)
No i stało się. Kilka dni po oficjalnej premierze ostatniej części magicznej sagi do polskich kin wchodzi najnowsza ekranizacja opowieści o Harrym Potterze. Kina pełne, bo i filmu reklamować nie trzeba, on reklamuje się sam.
Nie ma chyba sensu przedstawiać fabuły, bo i tak większość zainteresowanych ją zna (a jak nie, to odsyłam do literackiego pierwowzoru, chociaż, hm… chyba szybciej film będzie jednak).
Z HP problem jest ten, że z części na część autorka coraz bardziej się rozpędza, książki są coraz grubsze, a kolejni reżyserzy (obecny to już czwarty z kolei, na razie tylko Chris Columbus utrzymał się na stanowisku dłużej niż przez jedną część) mają coraz większy problem, jak zachować spójną i interesującą opowieść skracając ją do granic wytrzymałości przeciętnego widza (zakładając, że grupa docelowa to 8-, 9-ciolatkowie, to raczej mało prawdopodobne wydaje się, żeby takiego odbiorcę przykuć do krzesła na dłużej niż 2 h bez narażania się na ciągłe wycieczki do toalet).
Przyznam, że ze sporym entuzjazmem czekałam na początek seansu, licząc, że po naprawdę fajnej Czarze Ognia, ten poziom będzie trzymany. I tutaj się przeliczyłam. Po 2 dniach od momentu, kiedy film widziałam, tak w zasadzie ciężko mi przypomnieć sobie zdecydowanie najlepsze strony filmu i największe klapy. Po prostu był dość nijaki. Pierwsze dwie części miały w sobie coś z baśniowego, magicznego klimatu, o trzeciej nie wspomnę, bo to zdecydowanie najsłabsza część, pomimo że pierwowzór był bardzo udany. Czwarta część to na razie szczytowe osiągnięcie, a teraz mamy skok w dół. Zabrakło i klimatu, i porywu Czary Ognia.
Obronną ręką wychodzą postacie drugoplanowe: Gary Oldman (rola o wiele, wiele lepsza niż dotychczas), Alan Rickman (profesor Snape w jego wykonaniu staje się postacią jeszcze bardziej intrygującą niż na papierze, dobry i równy poziom od 4 części), Helena Bonham Carter (mała rólka, ale świetna, wybijająca się ponad inne, kreacja Bellatrix Lestrange, jedno z większych osiągnięć filmu- z postaci epizodycznej zrobić coś, na co warto wydać 14 zł i czekać cierpliwie), Ralph Fiennes (trochę przyćmiony poprzedniczką). Moją uwagę zwróciła też młodziutka Evanna Lynch wcielająca się w kolejną którąś-tam-planową postać Luny Lovegood, którą podczas czytania trochę się pomija. Przyjmujemy do wiadomości fakt, że jest, że razem z głównymi, znanymi już bohaterami, należy do Gwardii Dumbledore’a, ale jakoś się nad nią nie zatrzymujemy. W filmie jest inaczej, trudno powiedzieć, czy ze względu na wybitny talent aktorski, czy raczej przez to, że książkowa Luna jest wybitnie pomyLuna, a Yates pokazał ją bardziej jako melancholiczkę, marzycielkę, romantyczkę, generalnie oszczędza nam się większości tych rzeczy, które sprawiły, że zasłużyła sobie na tak mało zacny pseudonim. Zresztą można dywagować długo, ale mówiąc kolokwialnie: „młoda dała radę”.
Bardzo zgrabnie wywiązano się z zadania stworzenia Ministerstwa Magii, plastycznie i architektonicznie połączono urzędniczy moloch (Korneliusz Knot spoglądający z olbrzymiego porteru jak Wielki Brat), z atmosferą magii i niezwykłości (vide scena w windzie i dyskusja na temat przesyłek wewnętrznych, gra świateł, iskrzeń). Zresztą właśnie jedno z pomieszczeń w Ministerstwie jest, jak na razie, największym wykorzystanym obiektem (ponad 60 metrów długości, 36 metrów szerokości i 9 metrów wysokości).
Dolores Umbridge – najważniejsza z nowych postaci w tej części. Bardzo chwalono za tą rolę Imeldę Staunton, mnie się jednak wydała dość przeciętna i trochę odrzucająca stężeniem różu na metr kwadratowy (co akurat było celowym zamiarem), a jej gabinet chyba będzie mi się śnił po nocach
Największy zarzut, jaki przez cały czas chodzi mi po głowie, to bardzo niejasne sprecyzowanie i wyjaśnienie, czym jest Zakon Feniksa, jak działa, co robi i kto znajduje się w jego składzie, bo skład jest nieprzypadkowy. Każdy z członków jest materiałem na osobną opowieść, a tymczasem nawet nie wysilono się na ich przedstawienie, kosztem wielobarwnej Tonks. A przecież z jakiegoś powodu znajduje się w tytule filmu, więc tym bardziej ciężko znaleźć wytłumaczenie, dlaczego zepchnięto ten wątek do roli wstępu do głównej części filmu. Skoro reżyser zdecydował się pokazać scenę rozmowy między Syriuszem a Harrym przy drzewie genealogicznym rodziny Blacków, a praktycznie nic o niej nie opowiada (dowiadujemy się tylko tego, że byli przeciwnikami dopuszczania mugoli do wiedzy magicznej i że matka Syriusza wyklęła go), a te nieliczne szczątki, jakie dostajemy i tak na nic się nie zdają, więc równie dobrze można było ten element całkiem pominąć.
Mało też było wiernych sekundantów młodego Pottera, Ron i Hermiona niby przez cały czas byli gdzieś w pobliżu, ale ciągle w cieniu, ciągle bez głosu, ciągle bez prawa do pokazania się (zwłaszcza przy Hermionie jest to dziwne).
Harry Potter i Zakon Feniksa to film przeciętny. Nadający się na cykl kina familijnego dla ciut starszych dzieci, ale nie zapadający w pamięci na długo. Warto zaznaczyć, że w filmie jest jeden polski akcent w osobie autora zdjęć – Sławomira Idziaka (to tak w ramach ciekawostek). Zresztą bezcelowe jest polecanie lub odradzanie wyjścia do kina, bo i tak większość potteromaniaków ten film zobaczy. Jeśli chodzi o resztę widzów, to chyba jednak nie warto.
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Order of the Phoenix
Reżyseria: David Yates
Scenariusz: Micheal Goldenberg
Zdjęcia: Sławomir Idziak
Muzyka: Nicholas Hooper, John Williams
Produkcja: USA/Wielka Brytania
Gatunek: przygodowy/fantasy
Data premiery (Świat): 11.07.2007
Data premiery (Polska): 27.07.2007
Czas trwania: 138 minut
Obsada: Daniel Radcliffe, Emma Watson, Rupert Grint, Gary Oldman, Evanna Lynch, Ralph Fiennes, Imelda Staunton, Micheal Gambon, Alan Rickman

