|
|
Jeździec wielorybów
Wybraniec O tym, że taki film jak „Jeździec wielorybów” istnieje, dowiedziałem się oglądając relację z ceremonii rozdania Oscarów za rok 2003. Wśród nominowanych gwiazd ujrzałem bardzo młodą dziewczynę o egzotycznej urodzie. Wcześniej nie zwróciłem uwagi na fakt, że Keisha Castle-Hughes stała się najmłodszą nominowaną do Oscara aktorką pierwszoplanową. W tamtym czasie moja uwaga, podobnie zresztą jak większości widzów, zwrócona była na „Władcę Pierścieni: Powrót króla”, który bił kolejne rekordy popularności i zmierzał do zdobycia 11 złotych statuetek. W tamtym jednak momencie doszedł do mojej świadomości fakt, że w tym całym zgiełku coś mnie ominęło. Wiedziałem, że muszę zobaczyć „Jeźdźca wielorybów”. Stało się to moją podświadomą obsesją. Długo jednak musiałem czekać, nim moja filmowa żądza została zaspokojona. Dopiero bowiem gdy polski dystrybutor filmu, firma Solopan, wydał obraz Niki Caro na DVD, mogłem odbyć swoją podróż w zupełnie inny świat. W pewnej wiosce położonej na nabrzeżach Nowej Zelandii
mieszka plemię Maori. Według dawnej legendy ich przodek, Paikea, przybył na te
ziemie na grzbiecie wieloryba. W każdym pokoleniu tytuł przywódcy przechodzi na
męskiego potomka. Dochodzi jednak do tragedii: w szpitalu umiera synowa i nowo
narodzony wnuk wodza plemienia, potomek, który miał objąć rolę przywódcy. Przy
życiu pozostaje natomiast drugie dziecko, dziewczynka. Mijają lata, a Koro, wódz
plemienia, całkowicie podporządkowuje swoje życie poszukiwaniom swego następcy.
Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że jego wnuczka, nosząca imię legendarnego
jeźdźcy wielorybów, może stać się przywódcą. Podświadomie wini ją za wszystkie
swoje niepowodzenia. Nie przypuszcza nawet, jak ważną rolę w historii plemienia
ma do odegrania Paikea. Oparta na motywach powieści Witi Ihimaera historia
przedstawiona w „Jeźdźcy wielorybów” jest jedną z najbardziej złożonych
opowieści, jaką możemy zobaczyć w kinie familijnym. Mnogością tematów podjętych
przez twórców można by obdzielić kilka innych produkcji. Głównym motywem całej
historii jest konfrontacja Koro - człowieka mającego ogromny szacunek dla
tradycji, święcie wierzącego w ciągłość pewnych wartości - z jego wnuczką Paikeą,
która musi żyć z piętnem tego, że jest dziewczynką, co eliminuje ją jako
przyszłego przywódcę mającego prowadzić plemię w nowe czasy. Na tej płaszczyźnie
Niki Caro podjęła się wyjątkowo delikatnej kwestii. Mamy tu bowiem zarówno (wyciąć
słowo zarówno) kwestię równouprawnienia kobiet i mężczyzn w etnicznych, można
wręcz powiedzieć pierwotnych kulturach istniejących w wielu miejscach świata.
Pai udowadnia, że w niczym nie ustępuje swoim kolegom. Wręcz przeciwnie, lepiej
od nich rozumie istotę bycia przywódcą: trudności i wyzwania, jakie niesie za
sobą prowadzenie ludzi, wskazywanie im drogi. Widzimy także, jak mała, „słaba”
dziewczynka przeciwstawia się swojemu zapatrzonemu w tradycję dziadkowi. Nie
robi tego jednak z butności czy chęci buntu. Pai idzie za drogą własnego serca,
sama do końca nie rozumie, dlaczego ona ma być przywódcą, wodzem, liderem, ale
wie, że właśnie to jest jej przeznaczone. Ona nie ma dzielić losu innych kobiet,
które pozostają w cieniu mężczyzn, ale wskazywać drogę wszystkim: również, a
może przede wszystkim mężczyznom. Jest to bardzo ważna kwestia, bowiem w wielu
miejscach na świecie kobiety wciąż są dyskryminowane i nie musi wcale to się
wiązać z prawami wyborczymi, wielkością zarobków czy zajmowanymi stanowiskami.
Taka mnogość i bogactwo fabularne ma jednakże w tym wypadku swoje wady. Przede wszystkim w ciągu trwającego nieco ponad 100 minut filmu nie udało się w sposób zadowalający wyczerpać i opowiedzieć wszystkich aspektów opowieści. Niektóre zostały potraktowane wręcz po macoszemu, jak np. epizodyczna wręcz, ledwo poruszona historia nauczycielki Pai. Niestety także głównym wątkom często nie poświęcono należytej uwagi. Jest to duży błąd reżyserki, zwłaszcza, że na początku film nieco się dłuży. Można było lepiej rozłożyć całą opowieść w czasie, nie rezygnując ze złożoności fabularnej. Cały film naprawdę dużo by na tym zyskał: aktorzy mogliby pokazać o wiele więcej niż widzimy na ekranie. Można by wprowadzić o wiele większą ilość emocji, co wzbogaciłoby film. Tłumaczenie, że nie można mieć wszystkiego w tym konkretnym wypadku nie przekonuje mnie zupełnie. Zwłaszcza, że inne elementy filmu stoją na wysokim poziomie. Aktorzy dobrze wywiązali się ze swych zadań. Spora część aktorów drugiego planu to prawdziwi członkowie plemienia Maori. Ich obecność nadaje obrazowi autentyczności. Główni aktorzy też w większym lub mniejszym stopniu wiązani byli z duchowym aspektem historii, co na ekranie jest zauważalne. Ogromne brawa należą się oczywiście odtwórczyni roli głównej bohaterki - Keishii Castle-Hughes, która stworzyła bardzo dobrą kreację. Keisha zagrała kilka naprawdę wspaniałych momentów, do których możemy zaliczyć chociażby bardzo emocjonalne wystąpienie w szkole czy ceny z wielorybami (Pai na grzbiecie największego z nich to niezapomniany widok). Było oczywiście także kilka słabszych momentów, pamiętajmy jednak, że aktorka w chwili kręcenia film miała zaledwie 11 lat. Sam fakt nominacji do Oscara może podlegać dyskusji. Sam przez dłuższy czas zastanawiałem się, czy Akademia wiedziała, co robi, do teraz mam wątpliwości, czy aby na pewno zasłużenie przyznano tę nominację. Nie mniej jednak aktorka stworzyła naprawdę wartą zobaczenia kreację, bardzo dojrzałą, a jednocześnie wypełnioną dziecinną naturalnością. Mam gorącą nadzieję, że jeszcze w niejednej produkcji będę mógł ją zobaczyć. Pozostaje tylko wierzyć, że lepiej pokieruje swoją karierą niż Anna Paquin. Spodobało mi się także wykonanie Cliffa Curtisa. Natomiast nie do końca przekonał mnie Rawiri Paratene w roli Koro. W kilku scenach jego mimika wywoływała u mnie wybuchy śmiechu, co raczej nie było zamierzone, ale ogólnie (wyciąć słowo ogólnie) podsumowując jego kreację trzeba przyznać, że mimo kilku potknięć, dobrze wywiązał się ze swojego zadania. Nie można przemilczeć także kilku czysto technicznych spraw związanych z filmem. Leon Narbey bardzo ładnie zilustrował obraz, odpowiednio dobierając barwy do nastroju opowieści. Mamy więc zarówno piękne krajobrazy, jak i świetnie sfilmowane sceny z wielorybami (akcja ratowania ssaków, sceny z Paikeą). Absolutnie rewelacyjna jest ścieżka dźwiękowa, którą skomponowała słynna Lisa Gerrard. Lisa podkreślała, że praca nad muzyką do tego filmu była dla niej ważnym przeżyciem i słowa te całkowicie odzwierciedla niezwykle emocjonalna i prosta muzyka. Gerrard udowadnia, że, aby stworzyć emocjonalną muzykę nie trzeba używać dziwacznych instrumentów, całej orkiestry czy głosów słynnych solistów. Wielkie brawa dla tej pani. „Jeździec wielorybów” to jeden z tych filmów, które mimo swoich wad, nawet licznych, może wkraść się do serca widza. Nie trzeba rozpisywać się nad tym, jak kino niezależne ma się do tego z USA. Nie muszę przekonywać, że takie filmy, jak ten, mają zupełnie inny klimat i reprezentują zupełnie inne wartości. Dla mnie jest to obraz mający w sobie coś magicznego: wielowymiarową historię, piękną Keishię i jej świetną rolę, emocjonalną muzykę, klimat tajemnicy, kilka świetnych scen. Swego czasu uznano „Piratów z Karaibów” za jeden z najlepszych filmów familijnych. Jednak przy „Jeźdźcy wielorybów” „Piraci” pozostają bajką dla małych dzieci, a „Jeździec” prawdziwym filmem dla prawdziwego widza.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||