|
|
King Kong
Pierwsze skojarzenie z tytułem „King Kong” – klasyk kina. Cała przygoda z tym specyficznym bohaterem zaczęła się już w latach 30, kiedy to Merian C. Cooper nakręcił pierwszy film opowiadający o wielkiej małpie, wykorzystujący praktycznie wszystkie osiągnięcia kina tamtych czasów. Nic dziwnego, że jego obraz odniósł spektakularny sukces, stając się wielkim światowym hitem, którego magii nie oparł się nawet Adolf Hitler. Od tego czasu zaczęło się wielkie filmowe oblężenie. W kolejnych filmach King Kong doczekał się potomka, stoczył walkę z Godzillą, by wreszcie doczekać się w 1976 roku świetnego remake’u zrealizowanego przez Johna Guillermina z Jessicą Lange i Teffem Bridgetsem w rolach głównych. Któż by przypuszczał, że filmowcy wybiorą się na Wyspę Czaszek również w XXI wieku?
Dziś możemy mówić o kolejnym etapie w całej tej historii. Peter Jackson, od
niedawna znany większej społeczności reżyser, postanowił nam ją odświeżyć, być
wiernym pierwowzorowi, a jednocześnie pokazać to wszystko w innym wymiarze. Nie
unika wątpliwości, że King Kong był największym marzeniem jego życia. Już w
dzieciństwie podejmował próby pisania scenariusza, a przez wszystkie lata
dorosłości jego zapał nieustannie kwitł. Zanim Hollywood na dobre wzięło go pod
swoje skrzydła miał na swoim koncie filmy różnej klasy. Były ociekające kiczem,
kultowe obrazy gore, były „Niebiańskie istoty”, był też ogólnie oceniany jako
średni komediohorror, „Przerażacie” z Michaelem J. Foxem, gwiazdą serii „Powrót
do przyszłości”, w roli głównej. Aby zrealizować „King Konga”, pełen pasji,
twórca musiał dysponować naprawdę ogromnym budżetem. Nie było mowy, aby po
dotychczasowych osiągnięciach mógł liczyć na hojną rękę jakiegokolwiek
producenta… Dla nich byłoby to zbyt duże ryzyko. Tak… Aż do czasu zekranizowania
„Władcy Pierścieni”. Oto bowiem Jackson stworzył film, który w wielu kręgach
uważa się za największe dokonanie w gatunku zwanym fantasy. Posypały się
nagrody, mnóstwo Oscarów, a tym samym oczy największych bossów branży filmowej
zwróciły się na rzemieślnika z Nowej Zelandii. Po tym przełomie w swojej
karierze mógł sobie pozwolić praktycznie na wszystko: plejadę gwiazd najwyższego
formatu w obsadzie swoich kolejnych filmów oraz przede wszystkim wysokie
budżety. Jak myślicie, na co przeznaczył niebagatelną sumę 207 milionów dolarów? Historia, o której traktuje nowy film Jacksona, łączy w sobie kilka gatunków, kilka wątków. Czym jest chociażby cała przygoda Danhama? Bez wątpienia w dużym stopniu satyrą biznesu filmowego, ukazującą wyolbrzymioną determinację, pasję i syndrom beztalencia na miarę Eda Wooda. Jest też smaczkiem, który z pewnością każdemu miłośnikowi szklanego ekranu do gustu przypadnie. Całość w znacznie większym stopniu skupia się jednak na perypetiach Konga i Ann Darrow. Z pewnością nuta przyjaźni, miłości i przywiązania występująca między monstrualnych wymiarów gorylem, a piękną aktorką teatralną wyda się śmieszna, weźmy jednak na poprawkę to, że „King Kong” nie jest filmem dla każdego odbiorcy. Jednego znudzi swoją fabułą i kilkoma nielogicznościami, innych zaś oczaruje. Wszakże na tym polega magia kina. O tym jednak dalej…
Jeszcze przed premierą pełno było wątpliwości i sceptycznego spojrzenia
krytyków. Liczono na kolejny przerost formy nad treścią i typowe dla
wysokobudżetowych produkcji efekciarstwo. Po premierze jednak wielu miało okazję
wyprzeć się swoich wcześniejszych przekonań. Bezapelacyjnie Jackson, pełniący w
tym przedsięwzięciu rolę reżysera, scenarzysty i producenta, powalił na kolana.
Stworzył dzieło imponujące praktycznie pod każdym względem. Zamiar był określony
krótko – stworzyć film, który w takim stopniu wpłynie na współczesne kino, jak
wizja Coopera wpłynęła na kino lat 30.
Cały film najprościej określić dwoma słowami – wizualny majstersztyk. Każde
filmowe miejsce zachwyca swoją doskonałością, budzi u widza podziw. Liczne sceny
wręcz kipią rozmachem. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wiele z nich już w
chwili wejścia „King Konga” na ekrany kin przeszło do historii kina naszych
czasów. Podziwiając rewelacyjne zdjęcia i oszałamiającą scenografię w jednej
chwili odpowiadamy sobie na proste pytanie dotyczące wysokiego budżetu. Sam
moment z atakiem dwupłatowców na Empire State Building – zaiste smakowity kąsek. Straszna ciekawość zżerała mnie na samą myśl o oprawie muzycznej. Dwa miesiące przed premierą panowie Shore i Jackson grzecznie się pożegnali, tłumacząc prasie, iż dzielą ich różnice jeśli chodzi o koncepcję. Po wiadomości głoszącej, że nową ścieżką dźwiękową zajmie się James Newton Howard można było odetchnąć z ulgą. Słusznie zresztą. Artysta znów stanął na wysokości zadania. Każdy jego utwór świetnie dopasowuje się do sytuacji panującej na ekranie, podkreśla na swój sposób to, czego możemy być świadkami. Nie odniesiemy z całą pewnością wrażenia, że muzyka powstawała pod presją w iście zawrotnym tempie. Oczywiście zawsze można sobie gdybać – „Co by było gdyby Shore?” Wiele osób narzeka na czas trwania, co wyraźnie można usłyszeć podczas seansu. Po części trzeba im przyznać rację, gdyż kilka scen można z powodzeniem skrócić, bądź wyciąć i nie miałoby to jakiegokolwiek wpływu na całość. Nie muszę tu sypać przykładami, sami z pewnością równie dobrze ocenicie tą sytuację. Jednego jednak nie żałuję, a mianowicie tej niecałej początkowej godziny. W tymże czasie jeszcze przed spotkaniem pięknej z bestią Peter Jackson pieczołowicie przedstawił nam bohaterów, sprawiając tym samym, że nie są nam oni obcy, ani obojętni w dalszej części filmu. Nie chcę tu w podejmować się twierdzenia, jakoby film często był nudny i się dłużył. Nic podobnego! Te trzy godziny seansu pozostaną za wami szybciej, niż można się tego spodziewać. Po prostu Jackson był szalenie blisko ideału.
Wielką zaletę stanowi to, że reżyser wybrnął z dobrym przedstawieniem całej tej
historii, która powiedzmy sobie szczerze, nie jest najwyższych lotów.
Najważniejsze było to, aby ukazać ją w taki sposób, żeby widz, który ma duże
wymagania względem fabuły, zapomniał o prostocie i naiwności scenariusza
stworzonego na przestrzeni lat 30. Reżyser nadrobił to przede wszystkim formą,
aktorzy siłą uczuć, które towarzyszą bohaterom. Bez wątpienia niewielu osobom
udałoby się równie wiele wydusić z tej historii i pokazać ją w taki sposób, aby
nie wzbudzić śmiechu u widza. W dzisiejszych czasach nie ma już popytu na filmy
o monstrualnych potworach, a cała moda przeminęła już dobrych kilka lat temu.
Teraz patrzy się na to wszystko innym spojrzeniem. Widz idzie w parze z kinem,
zmienia się wraz z nastaniem każdego, nowego roku. Pomyślmy sobie zatem jak
odebrana zostałaby cała ta opowieść, gdyby wzięło się za nią reżyserskie
beztalencie, a teraz dla porównania przypomnijmy sobie nasze uczucia po seansie.
Do czego zmierzam? Realizacja „King Konga” wymaga przede wszystkim umiejętności
i dobrej koncepcji. W tym przypadku wystarczy brak jednego, ważniejszego
składnika i całość zmienia się całkowicie. Jestem więc, nie bez powodu, pełen
podziwu dla umiejętności reżyserskich Petera Jacksona. Twórca ten doskonale bawi
się z widzem, potrafi go oczarować, zachwycić. W jego kinie nie brak wielu
czynników, których inni koledzy po fachu mogą tylko pozazdrościć. Przede
wszystkim dopieszcza swoje twory pod praktycznie każdym względem. Robi wszystko
na wysoką skalę, jest pełen poświęcenia. Sprawia wrażenie osoby, dla której
liczą się przede wszystkim widzowie, kasa zaś stoi na dalszym planie. Prosty
morał – takie, a nie inne podejście sprzyja sukcesowi w branży, takie, a nie
inne podejście widać w „King Kongu”. Ocena: 9/10
Autor recenzji: Michał 'Dusqmad' Jaglarz |
|
|||||