|
|
Ostatni król Szkocji
Nagi król bez korony Z historią Ugandy nie jestem na tyle dobrze zaznajomiony, aby napisać historyczne wprowadzenie do recenzji. Pominę więc szkic czasów, w których toczy się akcja filmu i przejdę do rzeczy. „Ostatni król Szkocji” opowiada historię Nicholasa Garrigana, młodego lekarza, który chce zasmakować przygody i nowego życia gdziekolwiek z dala od chłodnej Szkocji. Trafia więc do Ugandy, gdzie ma pomagać w prowadzeniu placówki medycznej. Już na początku swego pobytu na, nazwijmy to „wakacjach”, zapoznaje się w hotelowym pokoju z miejscową ludnością reprezentowaną przez pewną Murzynkę. Prawdziwy przełom w hierarchii kontaktów następuje dopiero później. Młody Szkot poznaje nowego dyktatora państwa - Idiego Amina. Przywódca, nadzieja na nowe, dostatnie życie zrujnowanego państwa, prosi Nicholasa, aby ten został jego osobistym lekarzem. Mimo początkowych oporów panowie się dogadują, co lekarzowi niekoniecznie wyjdzie na zdrowie. Pan Amin bowiem rzeczywiście potrzebuje lekarza, tyle że psychiatry. „Ostatni król Szkocji” to kolejna opowieść o tym jak „ciepła
klucha” - szanowny pan Szkot, uznaje, że wygodne życie na garnuszku u bogatych
rodziców to nie dla niego. Nudno tu, zimno, mgły i w sukience każą chodzić. Tak
więc nasz bohater po krótkiej zabawie z globusem wybiera Ugandę, jako cel swojej
misji pod tytułem „wakacje, Murzynki, trochę pracy, Murzynki”. Na miejscu, gdy
poznaje już owego dyktatora i jego afekt w stosunku do osoby bohatera,
postanawia skorzystać z nowych możliwości. Władza, stanowisko, szacunek,
poczucie wolności, jedna z żon króla (przecież ma ich tam kilka, jedną chyba
można pożyczyć) - takie życie mu odpowiada. Los jest jednak okrutny. Początkowo
miły i przyjazny władca, okazuje się bezwzględnym, żądnym krwi szaleńcem.
Odległa Szkocja zaczyna jawić się jako raj… Trochę anegdotyczne i ironiczne jest to, co napisałem, chociaż Nicholasowi nie jest do śmiechu. Cała historia jest nam tak dobrze znana, że od początku do końca można przewidzieć prawie każdą minutę filmu, czego bynajmniej nie mam zamiaru tutaj opisywać. Nie znalazłem w filmie niczego nowego, odkrywczego, ciekawego. Całość wypada beznamiętnie, czasem nawet… nudnawo. Aktorzy postarali się, aby to wszystko trochę podciągnąć.
Forest Whitaker jest dobry, to trzeba przyznać. Byłem jednak zdziwiony, że jest
go tak mało na ekranie. Swoją rolą powinien królować, a jedynie tylko „trochę”
się wybija. Nie do końca uwierzyłem w tę postać i w mojej opinii nie jest to
oscarowa kreacja. Aż prosi się, aby postać Amina była bardziej niejednoznaczna i
pociągająca (w znaczeniu interesująca). Poza tym, była to popisowa kreacja, o
wiele łatwiejsza w zbudowaniu, niż chociażby zeszłorocznego zdobywcy nagrody,
Philipa Seymoura Hoffmana, który zostawia daleko w tyle Whitakera. To niestety nie ratuje filmu, który jest słaby. Historia opowiedziana jest bez polotu, zupełnie jakby reżyser myślał, że tyle podobnych filmów już widzieliśmy, więc nie ma po co silić się na coś oryginalnego. W efekcie całość przedstawia się jako produkcja ledwie porządna. „Ostatni król Szkocji” wielu osobom się spodobał, podobnie jak gra Whitaker sprawiła, że recenzenci aż piali z zachwytu. Mnie jednak nie można do nich zaliczyć. To nie czarnoskóremu aktorowi będę w oscarową noc kibicował. Podsumowując obraz Macdonalda, to przeciętny film z dobrym aktorstwem. Niczego więcej nie udało mi się dopatrzeć. Tym razem się nie udało. Tak bywa.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||