|
|
Malowany Welon
Cierpienia Śpiącej Królewny w słomianym kapeluszu Nathaniel Hawthorne, dziś pisarz już zapomniany, dawniej
jeden z najpopularniejszych twórców amerykańskich, napisał swego czasu bardzo
ważną dla literatury powieść ‘Szkarłatna litera’. Główną bohaterką powieści jest
Hester Prynne, kobieta, która dopuszcza się cudzołóstwa i rodzi dziecko nie chcą
wyjawić nazwiska ojca. Za ten czyn groziła nawet śmierć, lecz ‘łaskawe’
społeczeństwo skazuje młodą matkę na publiczną hańbę oraz nakazuje do nosić na
szacie szkarłatną literę – piętno popełnionego grzechu. Ktoś mógłby podrapać się
po głowie i powiedzieć: ’o czym ty koleś nawijasz. ‘Malowany welon’ to adaptacja
zupełnie innej książki napisanej przez W. Somerseta Maughama’. Owszem. Jednak
przez cały czas, który spędziłem oglądając najnowszy film Currana nie mogłem
oprzeć się wrażeniu, że reżyser nakręcił właśnie adaptację ‘Szkarłatnej litery’
w wersji dla czternastoletnich pensjonarek i niespełnionych domorosłych Lúthien,
które przespały pojawienie się Berena. Kitty (Naomi Watts) młoda i piękna Angielka poślubia nieśmiałego bakteriologa Waltera Fane’a, który jest w niej szaleńczo zakochany. Nie czyni tego jednak z miłości, lecz po to, by uciec od matki, ciągle przypominające jej, że młodość przemija, a także marząc o wielkiej miłości, która może narodzić się w egzotycznych Chinach, dokąd zaraz po ślubie wyjeżdża z mężem. I miłość zjawia się w jej życiu, jednak uczucie to nie jest skierowane do zaślubionego mężczyzny, lecz do pewnego siebie Charliego Townsenda. Kiedy ich romans wychodzi na jaw Walter daje żonie dwie możliwości: albo rozwiedzie się z nim i poślubi kochanka (który jest żonaty), albo wyjedzie z nim do odległej miejscowości, gdzie Walter jako wolontariusz ma walczyć z epidemią cholery. Kiedy staje się jasne, że Charlie nie opuści swe żony, zrozpaczona Kitty wyrusza w podróż do miejsca, gdzie pokocha swego męża spóźnioną, lecz prawdziwą miłością. Jakie to romantyczne, nie prawdaż? Nie jedna z pań, która
wybrała się do kina, zużyła tygodniowy zapas chusteczek. Dla tych, którzy mieli
jednak siłę powstrzymać łzy „Malowany welon’ był katuszą. Nie czas by analizować
tu książkę i porównywać ją z filmem, zajmę się, więc tylko historią, jaką
uroczono mnie w kinie. Oto mamy, bowiem Kitty. Jest ona młoda i ładna, lecz nie
spieszno jej do zamążpójścia. Kobieta marzy o wielkiej i romantycznej miłości,
która zjawi się w jej życiu jak burza i pochłonie ją bezpowrotnie. Przewrotny
los krzyżuje jej ścieżki z nieco lękliwym i średnio atrakcyjnym lekarzem, który
prosi ją o rękę. Kitty wcale nie ma ochoty za niego wychodzić, lecz kąśliwe
uwagi matki pchają ja w ramiona Waltera. Kobieta ma nadzieję, że z czasem go
pokocha. Nadzieja nadzieją, a namiętność też ma swoje do powiedzenia. Kitty
postrzega samą siebie jako niewolnicę, która przybyła do obcego kraju (prawie)
zmuszona, co reżyser w łopatologiczny sposób wykłada nam podczas sceny w operze
(widzowie, którzy widzieli słynny film Chena znajdą tu dla siebie nie lada
smaczek!). Dlatego też kobieta korzysta z prawa więźnia, ofiary (swych
nieprzemyślanych czynów, chce się dopisać), i ucieka w romans z żonatym
mężczyzną. Kiedy zaś jej mężulek się o tym dowiaduje Kitty robi z niego tyrana
prawie zrzucając na Waltera całą odpowiedzialność z swój niecny postępek. Ten
zaś zraniony przez ukochaną staje się dla niej zimny, niedostępny, prawie
okrutnym. Ich wspólne życie na prowincji, gdzie za sąsiada mają epidemie
cholery, która puka mi do drzwi niemal każdego dnia nie maluje się, więc zbyt
różowo. W obojgu zachodzi jednak zmiana. Kitty widząc poświęcenie męża, który
ryzykuje własnym życiem ratując Chińczyków, to jak dobry jest dla dzieci, jaki
oddany idei, najpierw zaczyna go szanować, a potem kochać. Sama też angażuje się
w pomoc siostrom katolickim, co z kolei wyjednuje jej przebaczenie Waltera (akt
pokojowy przypieczętowany zostaje w łóżku) i pomaga stać się osobą w pełni
dojrzałą i świadomą tego, co w życiu najważniejsze. Obok irytującej i schematycznej do bólu konstrukcji bohaterki, biednej śpiącej królewny, która lunatykując wpuszcza do łóżka innego mężczyznę, bo jest taka biedna i taka skrzywdzona przez los, Curran rozciąga ten film do granic możliwości (chociaż tytuł najbardziej rozbuchanego filmidła wciąż dumnie dzierży koszmarny ‘Joe Black’). 125 minut to niestety za dużo jak na moje biedne barki, które w tym roku już kilka filmów porządnie zgruchotało. Jest to straszne tym bardziej, że historia jest tak nudna, opowiedziana bez nuty poezji i prowadzona w całkowicie usypiający sposób. Emocje i postacie są tak puste i papierowe, że nie pomagają tu ani piękne zdjęcia (a w widokach Chin jestem zakochany), ani miejscami cudowna muzyka (ten fortepian!). We wspomnianej na początku historii Hester czytelnik obserwował dorastanie do pełni człowieczeństwa kobiety, która upadła, lecz też świadoma jest swojej winy i z pokorą, ale też dumą, pracuje by uzyskać odpuszczenie grzechów, wyjednać przebaczenie Boga jak również swoje własne. I to właśnie ta opowieść nie jednego czytelnika porwała i zachwyciła uniwersalną mądrością i tragizmem rodzącym się z rozdarcia duszy. W „Malowanym welonie’ te same rozterki, podobnie jak miłość, cierpienie i odkupienie zostały sprowadzone do banalnych i całkowicie nieabsorbujących słów oraz gestów. Nie jest to winą Watts i Nortona, którzy się starają. Z pustego i Salomon nie naleje, a talentu twórcom na taką opowieść nie starczyło. Kino omijać z daleka. Lepiej pójść do biblioteki.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||