|
|
Martwica mózgu
What is the Gore? Od lat 70 istnieje pewien znany tylko w niektórych kręgach gatunek filmowy.
Właściwie narodził się on dużo wcześniej, lecz w tych czasach został oficjalnie
ochrzczony. Zwie się gore. Należą do niego tylko i wyłącznie filmy, które
wyróżnia ogromna ilość krwi i mnóstwo brutalnych jatek. Oglądając produkcje spod
tego nurtu jesteśmy narażeni na widok latających w powietrzu organów ludzkich i
przeżycie całej masy innych makabrycznych doznań. W kinie raczej wiele
przedstawicieli gore nie zobaczymy, a jeśli już to w śladowych ilościach. Ale
wystarczy udać się do porządnej wypożyczalni i już trochę się znajdzie. Prawda
jest taka, że takie obrazy już praktycznie nie powstają, gdyż większość widzów
na ich widok ma mdłości i uważa je za kiczowate. Mają one mimo to grono swoich
fanatyków, którzy od lat nie zapominają o tym gatunku i wciąż z niecierpliwością
czekają na nowe produkcje. Lionel, 25-letni młodzieniec nie zaznał wielu uroków życia. Jest to zasługą jego
okropnej matki, której największym marzeniem jest zapobiec związkowi syna z
jakąkolwiek kobietą. Mimo to niedawno zakochała się w nim Paquita, córka
właściciela pobliskiego sklepu. Bohater odwzajemnia jej miłość, ukrywając
uczucie przed mamusią. Nie podejrzewa jednak, że jego karmicielka może posunąć
się aż tak daleko i śledzić go podczas randki w zoo. Jak mówią, ciekawość to
pierwszy stopień do piekła. W zoo rodzicielka zostaje ugryziona przez
szczuro-małpę. Co z tego wyniknie? Zapewne się domyślacie. Dodam jeszcze, że
starsza pani po drodze zarazi jeszcze kilka osób. I tym samym rozpocznie się
rzeź, jakiej jeszcze nigdy nie byliśmy świadkami. Śmiało możecie zarzucać filmowi, że jego fabuła nie jest zbyt oryginalna. Jednak powiedzmy sobie szczerze w tego typu produkcjach nie jest to rzadkość. Chodzi tu natomiast o coś innego, czyli hektolitry krwi i bandę pełzających wnętrzności, starających się, za wszelką cenę zgładzić bohaterów. Ale w „Martwicy mózgu” czerwona ciecz to nie wszystko. Prócz niej widz otrzymuje sporą dawkę humoru. Nie będę tu przytaczał scen, które to potwierdzają. Nie chcę psuć wam tej przyjemności. Pomijając dowcipny nastrój, trzeba przyznać, że momentami (których jest bardzo wiele) widok płynący z ekranu może przyprawiać o obrzydzenie. To jednak wiadomość dla kinomanów o słabszych niż mój żołądkach, bo mojej skromnej osobie to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Druga rzecz, aktorstwo. Nie spodziewajcie się żadnych rewelacji. Odtwórcy głównych ról w większości pochodzą z Nowej Zelandii i kolosalnego doświadczenia raczej nie mają. Z drugiej strony, jednak nie jest tak źle i mało zorientowani w temacie widzowie nawet nie odczują kilku niedociągnięć. Zresztą nie będę przeciągał. Po prostu średni poziom. Ale zapewniam was, że trudno było oczekiwać więcej. Na zakończenie dodam tylko, że film strasznie mi się podobał. Były tu momenty, w których mogłem się śmiać, a po nich następowały chwile wbijające w fotel. Są to uczucia coraz rzadziej towarzyszące podczas oglądania horrorów. Wpłynęło to bezsprzecznie, na moją wysoką ocenę. Komu ten obraz mogę polecić? Fani Petrera Jacksona już go zapewne nie raz oglądali, więc im nie. Wszystkich zachęcić do zobaczenia „Martwicy mózgu” nie mogę, no chyba, że są na czczo. W takim razie gorąco polecam zapoznanie się z tym filmem miłośnikom strachu, dużej ilości krwi i nietypowego humoru. Jednym słowem pastisz kina grozy. Ocena: 9/10 Autor recenzji: Michał 'Dusqmad' Jaglarz |
|
|||||