|
|
Mr. & Mrs. Smith
„Zawodowiec nie działa pod wpływem emocji, jest więc
znacznie spokojniejszy i mniej narażony na popełnienie błędów. Nie jest
idealistą, więc nie miewa w ostatniej chwili zahamowań i skrupułów, że może
zranić lub zabić Bogu ducha winnych przechodniów. Toteż szanse jego sukcesu są
znacznie większe. Ale człowiek taki nie podejmie się akcji, zanim nie zmontuje
planu, który nie tylko pozwoli mu wykonać zadanie, ale także zapewnić mu
maksymalną szansę uratowania własnej skóry” Morderca jest obok policjanta i złodzieja ukochanym zawodem
czarnego kryminału. Czasem jest to zwykła, szara osoba, która moczy ręce we krwi
mimowolnie (jak Rene Zelwegger w „Chicago”, gdzie strzela do kochanka w
przypływie bezradnej wściekłości), czasem jest to obłąkany szaleniec, który
wierzy, że realizuje jakąś misję (pamiętacie Rozmówcę w „Telefonie”?) lub
zwyczajnie chce się wzbogacić (snajper Skorpion z „Brudnego Harry’ego”).
Najczęściej jednak jest to morderca najemny, likwidujący wskazane osoby za
pieniądze. Szakal, główny bohater powieści Fredericka Forsytha, mówi o takich
jak on sam: „Specjalizuję się w usuwaniu ludzi, którzy mają potężnych i bogatych
wrogów”. Kino kryminalne wprost pęka od takich postaci. Luca Brasi z „Ojca
chrzestnego”, Jack Carter z „Dopaść Cartera”, Mitch Leary z „Na linii ognia”,
Anielskie Oczko z „Dobrego, złego i brzydkiego” czy choćby Jules i Vince oraz
team DiVAS z filmów Tarantino. Oczywiście, morderców scenarzyści nie muszą
zawsze traktować zupełnie serio. Wspomniani bohaterowie „Pulp Fiction” po
zniszczeniu z własnej winy swojego wozu i garniturów, zmuszeni są podróżować per
pedes i do tego w okropnych T-Shirtach i krótkich spodenkach. A już kultowa jest
scena z Cezarym Pazurą, który „Kilerem” został z przypadku, i by zadowolić
pracodawców, szkoli się w morderczym fachu oglądając... filmy sensacyjne na
video. W ogóle, ostatnio można odnieść wrażenie, że co drugi zabójca na zlecenie
w kinie to karykatura chwalebnych poprzedników. Tak jest i w przypadku filmu,
który chcę omówić, tyle tylko, że produkcję tą trudno nawet nazwać karykaturą. „Pana i panią Smith” rozreklamowano jako połączenie kina akcji, komedii, romansu i przygody. Z reguły taka zupa jest średnio strawna, ale jak ma się wprawną rękę, niezły scenariusz i dobrych aktorów może wyjść prawdziwa perełka. Tu Doug Liman miał wprawę, ale poprawiony 50 razy scenariusz zawiódł, a i aktorzy nie dopisali. Intryga jak z Hitchcocka: on spotyka ją, płomienny romans, ślub, znudzenie i wreszcie dramatyczne odkrycie, iż oboje są profesjonalnymi „sprzątaczami” i niestety, dla dobra własnego, muszą się zabić. Brzmi pysznie, ale pysznie już nie jest. Film, który mógłby wnieść do kina trochę świeżości, powiela jego najsłynniejsze schematy. Ile razy można obserwować bohatera, który przeżywa morderczą strzelaninę i zostaje lekko draśnięty? Ilu jeszcze scenarzystów przebierze tajniaczkę za prostytutkę i w stroju a’la SM każe jej wykonać wyrok? Dalej -filmowi brak pewnej logiki. Pan i pani Smith „sprzątają” jakichś tam podrzędnych bossów, jakiś handlarzy bronią, tymczasem życie wiodą takie jakby co tydzień zabijali osobę klasy prezydenta USA czy papieża. A dla kogo zabijają? Dla jakichś tajnych organizacji, jednak wątpię, by były to agendy rządowe. Ktoś kto widział „Akwarium” Antoniego Krauzego pamięta taką scenkę: młody wywiadowca, Suworow, dał się oszukać elektronikowi, sprzedającemu niby informację GRU, ale chronionemu przez CIA. Suworow pyta swego szefa, czy ma zabić elektronika, na co ten wrzeszczy, że ON może zabić JEGO - dla przykładu - ale tacy ludzie, jak ów elektronik będą jeszcze potrzebni. Dziwne byłoby też, by agencje rządowe zajmowały się likwidacją drobnych bandytów czy dealera, którego z trudem stać na dobrą ochronę. Więc co? Klon organizacji SPECTRE z filmów o Jamesie Bondzie? Cokolwiek mało koedukacyjny, bo „Pan i pani Smith” rażą szowinizmem jak żaden inny film. Smitha wspierają sami faceci (których główne rozrywki to boks i opowiadanie erotycznych dowcipów), Smithową panie, które z jednej strony są ukazane jako wyjątkowo twarde, z drugiej jako wrażliwe dziewczyny. Nawiasem mówiąc, kolejne stereotypy. Z każdą sekundą fabuła ma coraz mniejsze znaczenie, a reżyser wpycha na siłę, co się da: scena z trzymanym niechętnie przez Smithową niemowlakiem to chyba jakieś wspomnienie z seansu „Pacyfikatora”. Dowcipy śmieszą sporadycznie (najlepsze są chyba te z niewidoczną matką seksistowskiego kumpla Smitha i więźniem, który domaga się ambitnego kina w celi, a to, co dostaje jest w istocie baaaardzo ambitne), sceny ognistego seksu (rzekomo był tak ostry, że Liman kazał ciąć taśmę) wyglądają wręcz niesmacznie, a odtwórcy głównych ról to już inna bajka. Grają idole mas, Pitt i Jolie, mieli grać inni idole Cruise i Kidman. Wiele to by filmowi nie pomogło - stałby się atrakcyjniejszy, gdyby małżonków grali aktorzy starsi, bądź mniej przebojowi. Zresztą i finał pojedynku małżonków jest banalny i chyba napisany z myślą o gwiazdach, które zresztą połączyły się i poza planem. Jest tu zatem coś wartego obejrzenia? Owszem, amatorzy blue-boxa będą zachwyceni - mamy tu bowiem sceny, które zapierają dech w piersiach. Skok Jolie z wieżowca, szalony pościg połączony z wymianą ognia i finałową rozróbę, a’la Wachowscy. Z kolie fani tzw. Brangeliny też będą w siódmym niebie, gdyż kamera zwyczajnie kocha Pitta i Jolie, także na ekranie któregoś z nich nie ma może pięć minut. Amator (efektów, tudzież gwiazdek) może spokojnie oglądać - nie zawiedzie się. Ten, kto chciał się pośmiać, poekscytować i wzruszyć, niech poszuka DVD z filmem Tony’ego Scotta „Prawdziwy romans”. Para Slater+Arquette skromniejsza, ale bardziej wiarygodna. Natomiast ja myśląc dziś o Smitchach, automatycznie myślę o innych zakochanych z ganami w dłoniach. I bardziej kocham tamte dziubaski i misie-pysie. 17.08.2007
Autor recenzji:
Maciej Gaździcki |
|
|||||