|
|
Pit Fighter
Czy pamiętacie, drodzy czytelnicy, stare filmy spod
znaku martial arts? Jeśli nie, to Jak we wszystkich filmach tego typu fabuła jest strasznie błaha i naiwna. W „Pit Fighterze” akcja ma miejsce na Kubie. Oto mamy człowieka, który budzi się w nieznanym miejscu, nie wie, kim jest i co tu robi. Doktor stwierdza, że Jack (bo tak brzmi jego imię) cierpi na amnezję. Po pewnym czasie Jack przypomina sobie pewne rzeczy. Jego sny stają się retrospekcjami, pojawiają się w nich obrazy z przeszłości. Okazuje się, że kiedyś miał piękną kobietę, lecz niestety poza jej imieniem nie wie, kim tak naprawdę była. Nie może jednak siedzieć bezczynnie i czekać, aż przypomni sobie wszystko. Poznaje niejakiego Manola, który wprowadza go w świat podziemnych walk. Jack świetnie sobie w nich radzi, a przy okazji zarabia też niezłe pieniądze. Na jego nieszczęście w tym momencie pojawia się kobieta z retrospekcji... Jak sami widzicie, fabuła oryginalnością nie grzeszy. W
dalszej części jest jeszcze gorzej. Okazuje się, że wszystko kręci się wokół
kubańskich rewolucjonistów, zaś przeszłość Jacka do świetlanych nie należy. Ale
to wszystko jest niczym... Gdy pierwszy raz spojrzałem na Jacka, myślałem, że to
jakiś żart. Zastanawiacie się, czemu tak sądzę? Otóż aktor grający Jacka jest
łysym, wytatuowanym mięśniakiem. Możecie pomyśleć, że przesadzam, jednak to
właśnie główny bohater przez cały film najbardziej kłuje w oczy. Najlepiej
zobaczcie go sami, bo inaczej nie uwierzycie... Aha, na plakacie reklamowym
prezentuje się całkiem nieźle, więc nie radzę się tym wizerunkiem sugerować. Jeszcze jedna rzecz w sprawie Jacka. Otóż, czy wyobrażacie sobie człowieka opisanego powyżej jako... głęboko wierzącą osobę? Dość powiedzieć, że sporą ilość zarobionych w walkach pieniędzy przekazuje kościołowi. To nic! Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie to, że czasami ukazuje mu się kobieta-anioł? Jeśli miało to być jakieś moralizatorstwo, to u mnie wzbudziło jedynie uśmiech. Co prawda jeszcze tego nie napisałem, jednak po przeczytaniu powyższych akapitów zapewne domyślacie się, że aktor wcielający się w rolę Jacka gra słabo. Bardzo słabo. Podobnie jest z resztą obsady. Wysiłki aktorów spełzają na niczym mimo tego, iż widać ich starania. Nawet ukochana Jacka, Marianne, nie grzeszy zbyt wielką urodą. Myślałem, że twórcy postarają się ratować film, wrzucając do obsady atrakcyjną kobietę. A tu nic, nawet na to nie ma co liczyć. Kolejną rzeczą, do jakiej zmuszony jestem się przyczepić, jest scenariusz. W „Pit Fighterze” nie wzbudza on żadnych uczuć. Może prócz politowania. Teksty w stylu (cytaty): „Prawy człowiek upada siedem razy... I podnosi się ponownie” czy „Zadośćuczynieniem za grzech jest śmierć” wzbudzają jedynie uśmiech. A chyba nie o to chodziło? Uwierzcie mi, że naprawdę starałem sie wyszukać w filmie jakichś dobrych stron. Naprawdę się starałem. Niestety, moje wysiłki poszły na marne, gdyż żadnych sensownych plusów nie znalazłem. Może tylko to, że film jest taki krótki... Nie mam zamiaru dalej znęcać się nad „Pit Fighterem”. Kilkanaście lat temu, gdy było zapotrzebowanie na filmy o kickboxingu, mógłby on odnieść jakiś sukces. Dzisiaj jednak wzbudza jedynie odruch politowania. Powiem tylko, że jeśli tak ma wyglądać dzisiejsze kino, to ja podziękuję... Ocena: 1/10
Autor recenzji:
Mateusz 'Koklet'
Łucyk |
|
|||||