|
|
Siódma pieczęć
Kwestia istnienia Boga była rozważana od czasu, kiedy człowiek zaczął
tworzyć religijną ideologię. I już na samym początku pojawia się pytanie, skąd
ta wiara? Freud pisze w swoich dziełach, iż człowiek potrzebuje oparcia żyjąc w
świecie pełnym zła, stąd jego wyobrażenie o sprawującym opiekę Bogu. Jednak
każda osoba, która identyfikuje się i ufa religii, ma zupełnie inne zdanie.
Widzi w niej duchową podporę i cały czas podkreśla znaczenie wiary, której
tajemnicy człowiek nie jest w stanie obnażyć. Nasuwa się więc konstatacja o
maksymalnie rozbieżnych odpowiedziach na postawione pytanie. Ale to dopiero
początek. Jeśli chodzi o problem sensu, jaki tkwi w oddawaniu czci boskiej sile,
to z tym tematem można spotkać się w wielu traktatach filozoficznych, wierszach,
powieściach i innych gatunkach literackich (pomijając już postawę oraz zdanie
samych wierzących). Jak wiadomo nie każda epoka była przychylna roztrząsaniu tej
spornej kwestii. Mroczny okres średniowiecza, w którym wierność wobec
chrześcijańskiego Stwórcy była sprawą nadrzędną, a topos memento mori
towarzyszył ludziom na każdym kroku ich życia, jest momentem w historii, gdzie
ciężko doszukiwać się metafizycznych bojów i wewnętrznych rozterek w ludzkich
umysłach. Przeglądając teksty źródłowe na temat tej epoki, najmocniej w oczy
rzuca się zacofanie, wyprawy krzyżowe, asceza oraz bezwzględne oddanie się
Najwyższemu. Jednak okazuje się, że na tle tak ograniczonej epoki można stworzyć
ambitny obraz, w którym zawarte jest nurtujące ludzi od wieków, jednak nie
zawsze głośno wypowiadane, pytanie. Tylko trzy słowa, a wywołują tyle emocji –
czy Bóg istnieje? Wielu próbowało odpowiedzieć, stąd deizm, ateizm, czy
agnostycyzm. Trzeba zaznaczyć, że pytanie o Boga, to coś bardzo osobistego i
spora część ludzi nie lubi poruszać tej sprawy na forum publicznym. Jednak w
sierpniu 1918 roku przychodzi na świat człowiek, bez którego nie można sobie
dziś wyobrazić historii filmu, mistrz dramatów psychologicznych oraz kina
artystycznego. Ingmar Bergman, bo oczywiście o nim mowa, to jeden z tych reżyserów, o których będzie się pamiętać. Poszedł drogą horacjańskiego toposu exegi monumentum (ze zmianą poezji na kino) i swoimi cudownymi filmami, już za życia, znalazł się w panteonie najwybitniejszych ludzi kinematografii. Jego umiejętności filmowe to prawdziwy ewenement, artyzm wywindowany na najwyższy poziom. Każdy, kto miał okazję zetknąć się z jego filmami, wie, że w moich słowach nie ma żadnej mitologizacji tylko racjonalna ocena kunsztu szwedzkiego reżysera. Produkcji Bergmana, które zachwycają tak samo jak 50 lat temu, jest sporo. Ja akurat chciałbym się skoncentrować na filmie pochodzącym z 1957 roku „Siódma Pieczęć”.
Na samym początku, warto zwrócić uwagę na tytuł, ponieważ wywodzi się on z
Biblii, a konkretnie z Apokalipsy św. Jana. Wedle objawień apostoła, chodzi o
Siedem Pieczęci na księdze trzymanej w rękach Chrystusa. Zerwanie każdej z nich
ukazuje następujące po sobie ery, które dzielą nas od ponownego przyjścia Jezusa,
co jest równoznaczne z Dniem Sądu Ostatecznego. Zniszczenie pieczęci wiąże się z
konkretnymi wydarzeniami na świecie i są symbolicznie przedstawione w Biblii.
Próbując dokładnie rozwikłać zagadkę tytułu filmu, sięgnąłem do tekstów
traktujących o Apokalipsie i dowiedziałem się, że obecnie ludzkość znajduje się
przed otwarciem ostatniej, Siódmej Pieczęci. Warto tu przytoczyć cytat
rozpoczynający film: „A gdy Baranek otworzył Pieczęć Siódmą, zapanowała w niebie
cisza jakby na pół godziny”. Tadeusz Szczepański doszedł do wniosku, że, mimo iż
akcja filmu rozgrywa się na przestrzeni jednej doby, to jej czas można
potraktować jako te „pół godziny”. Na poparcie swojej tezy, przytacza nastanie
ciszy, jaka towarzyszyła pojawieniu się Śmierci (początek filmu). Jednak sprawa
nie jest taka prosta. W opozycji do tego, co mówi Szczepański można odwołać się
do scen filmu, w których niektórzy doszukują się metaforycznych zerwań kolejnych
Pieczęci. Ale i to jeszcze nie koniec. Kolejną negację tej tezy można
wywnioskować ze strony czasowej. Czas proroczy obliczany według zasady „dzień za
rok” pozwala myśleć, że „cisza w niebie” nie będzie trwała 24 godziny, ale około
7 dni. Dla równowagi trzeba przybliżyć podstawy założeń, które mówią o
pojawiających się w filmie innych Pieczęciach. Cały symboliczny proces
odbywający się w objawieniu św. Jana, został dokładnie określony chronologicznie,
wraz z datami i wyszczególnionymi wydarzeniami. I tak oto, zjawiska towarzyszące
zerwaniu Szóstej Pieczęci, za które w filmie uważa się straszliwą burzę, miały
miejsce kolejno: w 1755 roku (wielkie trzęsienie ziemi), 1780 roku ( wielkie
zaćmienie słońca i księżyca) oraz w 1833 roku (deszcz meteorytów). Czas akcji
produkcji Bergmana nie jest ściśle określony, ale na pewno rozgrywa się we
wczesnym średniowieczu, a przecież wymienione przed chwilą daty są odległe od
tej epoki. Sam tytuł przysporzył mi wielu trudności interpretacyjnych i nie znalazłem konkretnego rozwiązania. Dlatego nie chcę się już w tę kwestię zagłębiać. Zresztą to zdradza nam przeogromny potencjał dzieła Bergmana, a zarazem wskazuje z jak ambitnym kinem mamy do czynienia. No a teraz najwyższy czas, aby w końcu przejść do treści oraz formy filmu. Już w warstwie fabularnej spotykamy się z nowatorstwem na najwyższym poziomie. Rycerz Antonius Block, dręczony zwątpieniem w istnienie Boga, powraca z krucjaty, na której spędził 10 lat i spotyka na swojej drodze Śmierć, mającą zamiar skończyć jego żywot. Przed wypełnieniem powinności Antonius proponuje pojedynek szachowy od wyniku, którego będzie zależeć jego życie. Zarazem ma nadzieję, że jego przeciwnik będzie w stanie odpowiedzieć na męczące go pytania oraz oddalić jego wątpliwości na temat istnienia Boga. Śmierć przyjmuje wyzwanie i w ten sposób rozpoczyna się jeden z najbardziej refleksyjnych obrazów kinowych, z jakimi miałem do czynienia.
Patrząc na grę aktorską, ciężko powiedzieć o niej dobra lub zła ze względu na
jej ekspresjonistyczny charakter. Abstrahując od wizerunku tego nurtu w
literaturze i malarstwie, to w filmie najbardziej kojarzy się z czasami kina
niemego. Jak wiadomo wartość ekspresjonistyczna była wtedy nadrzędna, ponieważ
brak dźwięku nie pozwalał na przekazanie emocji słowami, czy sposobem mówienia.
W tym wypadku ocena kreacji, jakie podziwiamy w filmie, jest jeszcze bardziej
subiektywna. Wszystko zależy od naszych upodobań w kwestiach kategorii
estetycznych, bo przecież komuś, kto nie lubi ekspresjonizmu, nigdy nie spodoba
się rola z jego elementami. Zresztą, im lepiej wykreowana postać w tym nurcie,
tym większe niezadowolenie ze strony nieprzychylnie nastawionego odbiorcy. Nie
chcąc zrazić niektórych osób do twórczości Bergmana, od razu powiem, że w jego
filmach nie ma dominującej kategorii. Swobodnie kieruje aktorami w sposobie
odgrywania danej roli. W tej kwestii jest prawdziwym magikiem. Jako dowód można
przytoczyć „Godzinę Wilka”, gdzie rodzaj aktorstwa to zupełne przeciwieństwo „Siódmej
Pieczęci”.
Jedną z najmocniejszych stron filmu jest jego niesamowity scenariusz. Momentami
mistyczny, przejmujący, poruszający, a za chwilę pełen groteski. Cały zabieg
wymieszania gatunków jest przeprowadzony perfekcyjnie, więc nie ma mowy o
jakiejkolwiek irytacji ze strony widza. Reżyser decydując się na taki krok,
podejmował spore ryzyko, ponieważ mógł naruszyć głęboką treść filmu. Ale zamiast
zepsuć, tylko potwierdził swoją klasę. Najbardziej podobały mi się dialogi
między Śmiercią i rycerzem, w których możemy znaleźć dosłownie wszystko.
Zaczynając od lekko humorystycznych akcentów, poprzez czysto egzystencjalne, a
kończąc na eschatologii. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że filmografia szwedzkiej legendy jest dzielona na dwie części: pierwsza to rozprawa z Bogiem (opisywana „Siódma Pieczęć”), w następnej poddaje głębokiej analizie osobowość człowieka oraz kontakty międzyludzkie. Na pewno słowo psychiatria czy psychologia bardziej kojarzy się z drugą fazą jego twórczości, ale już wcześniej dają znać o sobie psychoanalityczne cechy jego filmów. Nie inaczej jest z „Siódmą Pieczęcią”, która poprzez wyraziste ukazanie postaci, a także wyeksponowanie rozterek głównego bohatera, staje się dramatem psychologicznym o najwyższej formie. Do tego trzeba dodać kwestie czysto techniczne, np. świetną grę światła i cienia, która potęguje tajemniczy oraz delikatnie zabarwiony surrealizmem klimat.
Osadzając akcję w okresie średniowiecza, Bergman doskonale wiedział, co robi.
Pozwoliło mu to na prześmiewcze ukazanie stosunku człowieka do religii.
Groteskowo i ironicznie przedstawił mentalność ówczesnego społeczeństwa.
Hiperbolizując wypowiedzi mieszkańców wioski, których nadrzędnym tematem jest
strach przed Sądem Ostatecznym, pogłębił drwinę na ich temat. To wszystko widać
także w bezsensownej procesji pokutniczej oraz w bezpodstawnym skazaniu na
śmierć kobiety, która rzekomo jest wiedźmą i ma kontakty z szatanem. Jednak
reżyser w swoich rozważaniach idzie krok dalej. Zajmuje się czystą formą wiary,
bez mieszania w nią człowieka. Jego konkluzja jest bardzo pesymistyczna, ale na
pewno nie nowa, ponieważ dekadentyzm, czy egzystencjalizm (wyłączając
Kierkegaarda) już wcześniej głośno mówił o pustce, która czeka nas po śmierci.
Bergman do przedstawienia swojego poglądu posłużył się bardzo dramatyczną i
przejmującą sceną. Podczas dokonywania egzekucji Tyan (spalenie na stosie),
której świadkami był Block wraz z Jonsem, giermek pyta Antoniusa czy widzi w
oczach wiedźmy jakąś nadzieję na życie po śmierci, czy zbliża się ona do Boga.
Rycerz widzi jedynie przerażenie. Należy podkreślić, że u głównego bohatera nie
pojawia się żaden prometeizm, chce wierzyć w Boga, ale jego wątpliwości
zwyciężają. Nawet Śmierć, z którą toczy pojedynek szachowy, nie jest w stanie mu
powiedzieć, co go czeka po drugiej stronie.
Partia szachowa to główny temat „Siódmej Pieczęci” i właśnie tutaj ukrywa się
główne przesłanie. Cała rozgrywka jest podzielona na trzy części. Na początku
nikt nie zyskuje zdecydowanej przewagi, ale Antonius jest przekonany, że wygra
ze Śmiercią. Tuż przed drugim starciem Block spędza czas wśród wędrujących
aktorów, którzy są dla niego bardzo życzliwi. Wtedy zauważa jak wspaniałe jest
życie w towarzystwie takich ludzi. Jest to jedna z kluczowych scen filmu.
Zasiadając do szachownicy jest pełen chęci
Mógłbym pisać o tym filmie jeszcze bardzo dużo, ponieważ nie poruszyłem
wszystkich kwestii (jak choćby barokowej marności człowieka), ale najlepszym
wyjściem będzie po prostu zobaczenie tej produkcji, żeby wysnuć własną
interpretację. „Siódma Pieczęć” prowadzi bowiem do różnych wniosków, już taka
specyfika filmów Szweda. Jednak wydaje mi się, że każdy, kto miał przyjemność tę
produkcję widzieć, zgodzi się, że Ingmar Bergman nie dokonuje całkowitej
desakralizacji świata. Owszem, odrzuca Boga i utopię, która czeka na nas po
śmierci, ale jednocześnie pokazuje, że sacrum możemy odnaleźć w innym człowieku.
Niestety, człowiek nie jest doskonały, dlatego w kontaktach z innymi musimy być
przygotowani na sporo gorzkich rozczarowań.
Autor recenzji:
Karol 'Kirk' Janusz
|
|
|||||