Śniadanie u Tiffany'ego

Tytuł oryginalny: Breakfast at Tiffany's
Reżyseria: Blake Edwards
Scenariusz: George Axelrod
Zdjęcia:
Philip H. Lathrop, Franz Planer
Muzyka: Henry Mancini
Produkcja: USA
Gatunek: Melodramat
Data premiery (Świat): 05.10.1961
Data premiery (Polska): 31.12.1961
Czas trwania: 115 minut
Obsada: Audrey Hepburn, George Peppard, Patricia Neal, Buddy Ebsen, Martin Balsam, José Luis de Villalonga, Alan Reed, Dorothy Whitney

 

 Pokochać materialistów

  ..Czarująca komedia romantyczna w reżyserii Blake'a Edwardsa z nowojorskim klimatem w tle. Oto poznajemy luksusową call girl Holly Golightly (Audrey Hepburn). Holly bez żenady wodzi za nos całą kolekcję bogatych mężczyzn, marzących o chwili zapomnienia z piękną i elegancką kobietą, którą mogliby się pochwalić się niczym jednym z licznych trofeów: szybkim samochodem czy wygodną garsonierą. Do bloku mieszkalnego Holly wprowadza się przystojny mężczyzna, Paul Varjak (George Peppard). Także Paul nie stroni od towarzystwa płci przeciwnej. I tak jak Holly robi to dla zysku, zadając się ze starszą od siebie mężatką (Patricia Neal), będąc w najprostszej definicji jej utrzymankiem. Holly i Paul od początku stają się bratnimi duszami. Być może łączy ich zrozumienie-wykonują przecież podobny fach. Oboje jednak są ludźmi wrażliwymi, którzy marzą o czymś inny, choć Holly aż do końca nie chce się do tego przyznać. Ale to, co trzyma ich blisko siebie, to już nie tylko cechy wspólne. To przede wszystkim miłość, który rodzi się między tymi dwojga. O ironio, na pewno nie tego sobie życzyli! Ta miłość to istna usterka w ich jasno ukierunkowanych życiach. Holly i Paul szukają partnerów przede wszystkim ociekających złotem, a trafiają na siebie-żadne z nich nie może zagwarantować drugiemu codziennych śniadań u Tiffany'ego (o czym marzy Holly) czy stabilizacji, by móc tworzyć (jak sobie to wyobraża Paul).

    Mimo świadomej parszywości (trzeba powiedzieć to wprost - Holly uwodzi mężczyzn dla pieniędzy) ta młoda kobieta wzbudza nieuchronnie naszą sympatię. Choć jest wyrachowana, to i urocza jednocześnie. Ciekawy, ekstrawertyczny styl życia, ubarwiany przyjęciami z mnóstwem znajomych (i nieznajomych włącznie), interesujące sposoby radzenia sobie z niezbędną, aczkolwiek konieczną w życiu technologią (telefon zapakowany w szczelną walizkę) czy też po prostu czarujący sposób bycia budzą ciepłe uczucia. I nic na to nie poradzi fakt postępowania Holly. Bo mimo że jest tak pozornie wesoła i zdaje się być szczęśliwą mogąc spełniać swoje sny o bogactwie, Holly to młoda, nieszczęśliwa kobieta. Całkiem świadomie godzi się być przedmiotem w rękach mężczyzn, których słusznie nazywa "szczurami", lub, w szczególnych przypadkach, "superszczurami". Oddaje im raczej więcej, niż zyskuje, choć przecież nikt nie zmusza jej, by zadawała się z niekochanymi panami, którzy mogą zapewnić jej pyszny obław w biżuterii prosto od Tiffany'ego. Oglądając jej losy i poznając przeszłość (unieważnione małżeństwo z mężczyzną, który mógłby być jej ojcem) można dojść do prostego wniosku. Wbrew pozorom Holly jest romantyczką. W dzieciństwie przeżyła bardzo, bardzo wiele, zdana z bratem Fredem tylko na siebie, wyszła nawet za mąż za zapewne niekochanego mężczyznę, byle by poprawić swój byt. I była na pewno jedną z tych licznych dziewcząt, które siedząc gdzieś w jakiejś dziurze dostała w swoje ręce magazyn z reklamą od Tiffany'ego, gdzie jakaś modelka prezentuje biżuterię. Może i ona chciała żyć inaczej, być kimś, poznać smak zamożności. Czy nie jest to rzeczą ludzką? Holly nie jest jedną z tych kobiet, które swoją przyszłość mają konkretnie wykalkulowaną co do każdego dnia ze swojego małżeństwa. Wspomina też przecież o dzieciach, które chciała mieć z tchórzliwym Brazylijczykiem. Pragnie za te śniadania u Tiffany'ego zapłacić tym, czym może. Te wszystkie fakty składają się na portret wspaniałej kobiety, trochę zagubionej i nieszczęśliwej. Ale i ona zasługuje na szczęście w życiu.

    Osobiście trudno mi uwierzyć, że postać Holly Truman Capote tworzył z myślą o kimś innym, niż Audrey Hepburn, a już na pewno, że wybranką pisarza była Marilyn Monroe. Audrey czyni tę rolę na wieki wieków swoją własną (choć może nie w takim stopniu, jak Vivien Leigh Scarlett O'Harę). Mimo całej serii niezapomnianych ról to chyba długonoga Holly w swojej czarnej, eleganckiej sukni, z delikatnym blond balejażem na włosach i nonszalanckim papierosem między palcami stoi nam przed oczami ilekroć pomyślimy o Audrey Hepburn? Jednak filarem postaci Holly nie jest już tylko jej śliczna, serdeczna buzia z ogromnymi, sarnimi oczyma. Oczywiście, powodzenie tej roli można po raz któryś już przypisać urokowi i wdziękowi tej delikatnej aktorki. Ale czy będzie to sprawiedliwe? Zdecydowanie nie. Rola w "Śniadaniu u Tiffany'ego" to kolejna po "Historii zakonnicy" niemal wybitna kreacja Audrey Hepburn. Bo wbrew mitom, stereotypowym rolom, w jakich ją obsadzano, Audrey była znakomitą aktorką. W roli Holly dynamicznie i z powodzeniem łączy komizm i tragizm postaci. Audrey nie jest tylko wizualną ozdobą filmu, która słodko trzebiocze i wykwintnie wygląda w strojach swojego serdecznego przyjaciela Huberta de Givenchy. W tym filmie pokazuje to, czego tak wielu nie może w niej dostrzec-wielkiego talentu. Czy z takim samym powodzeniem mogłaby zagrać Holly inna z kandydatek, Kim Novak? Albo wyżej wspomniana Marilyn Monroe? Z całym szacunkiem, Marilyn miała o wiele bardziej od Audrey ograniczone możliwości. Rola Hepburn może nie jest godna Oscara (chociaż wiele było o wiele gorszych ról statuetką nagrodzonych), ale na pewno godna nominacji.

Ale "Śniadanie u Tiffany'ego" to nie tylko doskonale nakreśleni bohaterowie. Ani nie show wspaniałej Audrey Hepburn. To także znakomita manipulacja urokiem Nowego Jorku, jego czarującym zgiełkiem, nietuzinkowymi budynkami i stylem życia. To przede wszystkim znakomity scenariusz. Wspólne wyprawy Holly i Paula, wreszcie romantyczny finał. Inteligentne dialogi. Ciekawy George Peppard. Epizodyczna, aczkolwiek udana rola Mickeya Rooneya w roli nieznośnego sąsiada rodem z Dalekiego Wschodu. No i wspaniała piosenka Henry'ego Mancini, nostalgicznie nucona delikatnym głosikiem Audrey Hepburn, jedna z najpiękniejszych filmowych ballad, "Moon River".

Po seansie zastanawiałam się, co sprawia, że dany film pamiętamy dłużej, niż pozostałe? Wybitne kreacje? Oryginalny scenariusz? Genialna reżyseria? A może jeszcze coś innego. Choć "Śniadanie u Tiffany'ego" może poszczycić się i interesującym aktorstwem, świetnym scenariuszem i wyborną reżyserią, to i bez tego wszystkiego niezapomnianym czyni ten film klimat. Coś sprawia, że tej dwójki czarujących oportunistów nie da się nie kochać.

Autor recenzji: Carrie



Skomentuj recenzję