|
|
Straż przyboczna
Akira Kurosawa nigdy nie ukrywał swojej fascynacji westernowymi produkcjami, które wyszły spod ręki Johna Forda, dlatego zdecydował się, jak gdyby w hołdzie dla amerykańskiego reżysera, nakręcić "Straż Przyboczną". Mimo że podobny zabieg można dostrzec już w "Siedmiu Samurajach", to tym razem całość przybiera zdecydowanie bardziej krystaliczny wyraz. Pomieszanie konwencji jidai-geki (kina samurajskiego) z westernem staje się już dużo mocniej przejrzysta. Wydaje mi się, że wpływ na ten stan rzeczy ma wprowadzona przez Kurosawę spora dawka czarnego humoru, która jest raczej odległa produkcjom utrzymanym w nurcie jidai-geki, który sam w sobie charakteryzuje się dużą dawką powagi, dystyngowania oraz swego rodzaju dostojeństwa. Podobnie sprawa wygląda z nowatorską ściężką dźwiękową. Zabieg ryzykowny, ale efekt fenomenalny. I tak oto, do małego i pełnego bezprawia miasteczka, które jest uwikłane w niekończącą się wojnę pomiędzy dwoma zwaśnionymi klanami, przybywa nikomu nieznany ronin Sanjuro Kuwabatake. Szybko orientuje się, że ma niepowtarzalną okazję na pokaźne wzbogacenie się i zaczyna oferować obydwu szajkom swoje usługi. Jednak akcja bardzo szybko się komplikuje, gdy dowiadujemy się, że główny bohater ma zamiar poprowadzić bardzo ryzykowną i podstępną grę - skutecznie podsyca obydwa gangi do stopniowego wyniszczania się, a sam jedynie czeka. Odtwórcą głównej roli jest ulubiony aktor japońskiego
reżysera, osobowość wyróżniająca się sporą charyzmą, umiejętnościami oraz
urokliwą dozą szaleństwa i nonszalancji. Chodzi oczywiście o Toshiro Mifune,
który po raz kolejny pokazuje pełnie swojego warsztatu aktorskiego. Mifune
świetnie pasował do odtworzenia roli Sanjuro, cynicznego i nieobliczalnego
ronina, dla którego najbardziej liczą się pieniądze i możliwość szybkiego
powiększenia swojego kapitału. Dwa zwaśnione klany, które zabiegają o jego
szermiercze umiejętności to doskonała okazja do osiągnięcia wspomnianego celu.
Dzięki japońskiemu aktorowi mamy do czynienia z postacią wyrazistą i wbrew
pozorom oryginalną, chociaż mój pobieżny opis może tego nie sugerować. To
właśnie Mifune tchnął w Sanjuro ciężką do określenia specyfikę, która sprawia,
że odgrywana postać zasługuje na nasza głęboką uwagę i na pewno pozostanie nam w
pamięci po zakończeniu filmu. Zresztą sam wizerunek Sanjuro jest jawnym
nawiązaniem do konwencji westernowej, co w pewnym stopniu mogłoby ujmować jej
oryginalności, ale właśnie dzięki Toshiro Mifune wszystko przyjmuje zdecydowanie
inny wymiar. "Straż Przyboczna" to dzieło mocno odbiegające od pozostałych filmów Mistrza, ze względu na swój mocno rozrywkowy charakter. Jednak Kurosawa nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził pewnych refleksyjnych oraz psychologicznych rozważań, które jak w większości jego filmów, są skierowane na człowieka. Reżyser skupił się na odkrywaniu ciemniejszej strony ludzkiej, ale na szczęście nie robi tego z nadmierną egzaltacją czy schematycznością. Wszystko jest nadal subtelne, delikatne, estetyczne i wyważone, a jednak trafia bezpośrednio do widza, bez najmniejszych nieporozumień. Mało kto posiadał tak genialny zmysł i wyczucie w prezentowaniu humanistycznych rozważań jak Akira Kurosawa. Tym razem poprzeczkę sam reżyser postawił sobie bardzo wysoko (ze względu na eksperymentalną konwencję), a jednak udało mu się osiągnąć zamierzony cel i właśnie w tym miejscu znów trzeba podkreślić bardzo ważną rolę Toshiro Mifune w tej całej układance, bez którego o taki efekt byłoby ekstremalnie trudno. Prawdą jest, że samo przesłanie nie ma w sobie czegoś zupełnie nowego, czego nie było wcześniej w kinie, jednak forma, w którą wszystko zostało oprawione sprawia, że "Straż Przyboczna" jest filmem naprawdę wybitnym. Warto spojrzeć na sam lekko ironiczny tytuł, który przywodzi na myśl ludzi najbardziej zaufanych danemu władcy, którzy są gotowi oddać życie za swojego Pana i bronić go za każdą cenę. Jednak zamiast etyki maksymalizmu heroicznego, o której swego czasu pisał Herbert, publiczność zderza się z daleko posuniętą dbałością o własny interes oraz skrajnym egoizmem poszczególnych bohaterów filmu. Należy też wspomnieć o wysokim prestiżu oraz respekcie wspomnianej formacji, którymi była otoczona przez ludność w czasach feudalnej Japonii. Możliwe, że w ten nad wyraz specyficzny sposób Kurosawa chce zwrócić uwagę na zanik pewnych wartości, które kiedyś były uważane za podstawowe, a teraz stały się przedmiotem bez żadnej świętości, a autorem tej desakralizacji jest sam człowiek. Jeśli chodzi o bardziej techniczne kwestie, to także jest o
czym pisać. Walki, których w filmie jest sporo, są prawdziwą ucztą dla oka i
każdy fan kina samurajskiego powinien być w pełni zachwycony efektowymi
starciami. Na sporą uwagę zasługuje także bardzo nowatorska ścieżka dźwiękowa,
której autorem jest Masaru Sato. Ma ona bardzo duże znaczenie do wyeksponowania
zamierzonego przez Kurosawę zabiegu gry konwencjami. Kompozycje są bardzo
nowoczesne, a jednak perfekcyjnie pasują do filmu. Na pewno każdy zapamięta
jedną z finałowych scen walki, której towarzyszy złowieszcza i nastrojowa
perkusja, sugerująca nieuchronne zbliżanie się do ostatecznego rozwiązania.
Podobnych momentów w samym filmie jest dużo więcej. Kolejnym aspektem, który
także ma spory wpływ na udane pomieszanie jidai-geki z kinem westernowym, są
zdjęcia. Odpowiada za nie Kazuo Miyagawa,a ich charakter od razu p Na pewno większość osób oglądała film Sergio Leone pt. "Za garść dolarów". Jest on remakiem filmu Kurosawy i z tego powodu pozwał on Leone o plagiat, ponieważ western został nakręcony bez jego zgody. Sprawę w sądzie wygrał Kurosawa i dostał z tego tytułu wysokie odszkodowanie. Jak widać dzieło japońskiego reżysera stało się godne uwagi także jednego z niekwestionowanych mistrzów westernów, co powinno być kolejnym mocnym argumentem na rzecz "Straży Przybocznej". Zbliżając się do końca recenzji, jeszcze raz gorąco polecam ten film, który zadowoli każdego zwolennika kina rozrywkowego, a który na dodatek zapewni jeszcze solidną porcję refleksyjności nad naturą człowieka (i wcale nie będzie to boleć). Warto w tym przypadku zwrócić się w stronę Akiry Kurosawy i na chwilę zawiesić zachwyty nad lekko "wyeksploatowanym" duetem Rodriguez - Tarantino, uważanych za mistrzów gatunku. Ciekawą wariację na podobny temat możemy znaleźć już wiele lat wcześniej i gwarantuję, że każdy, kto podejmie się tej podróży w czasie, nie będzie niczego żałował.
Autor recenzji:
Karol 'Kirk' Janusz
|
|
|||||