|
|
Sweeney Todd
Przez
gęstą mgłę przedziera się ostry dziób statku. Na jego pokładzie dwóch mężczyzn
spogląda na cel swojej podróży – rozciągającą się w dali panoramę Londynu. Obu
przywiodły tutaj marzenia, jednak na tym kończą się ich podobieństwa. Młodszego
z nich fascynuje potężne miasto, źródło tylu nowych perspektyw, rozświetlone
ognikami świateł. Starszy jednak zdaje się dostrzegać tylko mrok między
światłami. Dla niego Londyn jest gniazdem wszystkiego co najgorsze, ściekiem
świata. Opowie młodszemu historię mieszkającego tu kiedyś fryzjera, Benjamina
Barkera, winnego szczęśliwego życia z córką i żoną tak śliczną, że przyciągnęła
uwagę sędziego Turpina, konesera niewinnej urody. Szybki wyrok rozdzielił
rodzinę, usuwając Barkera z miasta. Ale to stare dzieje, jak utnie swoją
opowieść człowiek nazywany przez młodszego słuchacza Toddem. Przygodni
towarzysze podróży rozstaną się na nabrzeżu. W stronę domu na Fleet Street
podąży już nie Benjamin Barker, ale Sweeney Todd. Znajdzie swój stary zakład
fryzjerski, o „Sweeney Todd” jest opowieścią o wiktoriańskim Londynie i
płynącej jego rynsztokami krwi. O życiu kłębiącym się na ulicach, o czystych
nadziejach i chorych namiętnościach. O krwi, o naiwnych marzeniach zabitych
przez gorycz, a jednak odradzających się uparcie. O krwi, o młodości tłamszonej
przez starość, a jednak się nie poddającej... Wspomniałam już o krwi? Tim Burton
jest specjalistą od makabresek, ale ten film to apogeum mroku w jego
dotychczasowej twórczości. A tym razem do makabry dodał krwiste gore. Dosłownie.
Jucha chlapie do czwartego rzędu, siądźcie w piątym... A może przeciwnie,
podejdziecie jak najbliżej? Może przyciągną was te potoki i fontanny krwi,
tryskającej z podrzynanych gardeł, ściekającej po lśniących ostrzach,
zalewającej ręce mordercy, spływającej na podłogi, spadającej z deszczem...
Budzącej grozę, obrzydzenie... i hipnotyzującej. Dziwiło was, że kolejny film
speca od klimatycznych bajeczek opatrzono kategorią zastrzeżoną dla teksaskich
masakr i realistycznych gwałtów? Tym razem bajeczka jest przesycona realistyczną
masakrą. A Burton nie odwraca dyskretnie kamery, nie zostawia niczego w domyśle.
Pokazuje wszystko i każe patrzeć, aż widz, pod szokiem i odrazą, odkryje
u siebie uczucie niepokojąco kojarzące się z wampirem na głodzie... Obok makabry i malarskiej orgii pastelowych odcieni jest i
trzeci Burtonowy znak firmowy – kicz. Ostentacyjny, bezczelny i nachalny. A
zarazem mający więcej autentycznego życia i soczystego artyzmu, niż
wystudiowane, programowo „prawdziwe”, nadęte powagą i... suche dzieła. „Sweeney
Todd” to prosta i naiwna historyjka, jedna z pierwszych legend miejskich,
pierwszych „opowieści prawdziwych”. To właśnie w wiktoriańskich czasach i
miastach wybuchła popularność „straszliwych” i „wzruszających” historii –
sprzedawanych pod postacią szmatławych druków za kilka pensów, wystawianych na
deskach podrzędnych teatrów. Nikt tego wtedy nie nazywał sztuką – to były
początki kultury popularnej i rodzącego się życia wielkich metropolii, zwane
pogardliwie, acz szczerze „literaturą dla kucharek”, a dziś niewiele mniej
pogardliwie, acz naukowo „jarmarczną”. A ponad stulecie później, reżyser o
specyficznej wrażliwości i wyjątkowym talencie przywołał echo tamtych czasów –
nie przez realistyczne odtworzenie starego świata, ale poprzez ukazanie jego
mentalności. Burtonowski Londyn widzimy tak, jak postrzegali go ówcześni twórcy
łzawych melodramatów i „mrożących krew w żyłach” opowieści, tłukący za grosze
teksty do brukowców. Ten teatrzyk grozy naszych pradziadków, nas dziś już tylko
dziwi i rozbawia, jak leżący w muzeum stuletni słoik „Patentowanej Pomady do
Wąsów”. Ten film też tylko by bawił, gdyby nie to, czego tamtym piśmidłom i
przedstawieniom zabrakło – wirtuozerskie wykonanie ręką niezwykłego artysty.
Twór Burtona bowiem, ze wszech miar godzien jest miana dzieła sztuki. Jednak siła wizji Burtona, żeby nie wiedzieć jakim talentem
podparta, sama filmu nie zrobi. Potrzebna jest ekipa. A do kompletowania tejże,
Burton ma na ogół rzadkie wśród filmowców szczęście. Tak było i w tym wypadku.
Za kamerą Dariusz Wolski, o którym Gore Verbinski mówi, że „on przy jednej
świeczce zrobi dobre zdjęcia”. Niezastąpiona umiejętność, jeśli wziąć pod uwagę,
czego Burton wymagał od niego w tym wypadku... Scenografów słusznie już
nagrodziła Akademia. Londyn, który wyszedł spod ich rąk, jest klaustrofobicznie
ciasny, groteskowo przerysowany... a jednak dziwnie realny, namacalnie
prawdziwy. I wreszcie aktorzy. Chyba głównym punktem promocji tego filmu było
podkreślanie do znudzenia przyjaźni między Timem Burtonem i Johnnym Deppem.
Niewątpliwie jest to ich wspólne autorskie dzieło, jak każde z pięciu
poprzednich. Niezależnie jednak od reżysera, po Deppie zawsze można oczekiwać
najwyższej klasy. Także i tutaj stworzył charakterystyczną dla siebie kreację o
silnym wyrazie, przepełnioną skrytą energią. Jest i Deppowy znak firmowy, a pod
ręką Burtona wręcz obowiązkowy – leciutki rys komizmu, bardzo jednak tym razem
wyważony, błyskający ledwo parę razy. Istniało w tym wypadku ryzyko
przeholowania, jednak Depp nie przekroczył granicy – nadaje postaci
wielowymiarowość, ale nie błazeństwo. Akademia nagrodziła go Oscarową nomina Osobną,
a wyjątkowo znaczącą kwestią jest tutaj muzyka. Film jest przecież musicalem i
to bardziej nawet śpiewanym niż mówionym. Jest w dodatku ekranizacją musicalu
scenicznego, zatem oprawę muzyczną przejął od starszego pierwowzoru razem z
imionami postaci i zarysem fabuły. Trzeba przyznać, że muzyka spełnia wymagania,
jakie zwykle stawia się jej w przypadku filmu muzycznego – zostaje w pamięci,
szczególnie że poszczególne wątki wielokrotnie wracają. Spełnia też wymagania
stawiane każdej muzyce filmowej – buduje nastrój, podkreśla akcję (znów zasługa
reżysera, tym razem udowadniającego, że nie tylko potrafi „malować”, ale i
„komponuje” film). I wreszcie głosy aktorów, ze szczególnym uwzględnieniem
głównego, która to sprawa jest chyba najczęściej wałkowaną we wszystkich
wzmiankach o tym filmie, począwszy od ogłoszenia jego planów. Można wręcz
odnieść wrażenie, ze krytycy zbiorowo zawiesili swoje opinie na jednym jedynym
gwoździu programu, jakim jest głos Johnny’ego Deppa, w świetle faktu, że grając
główną rolę w musicalu, ma on pecha być „virgin singer” (wedle określenia
Empire). Furda tam jakość scenariusza, reżyserii, zdjęć, aktorstwa... Depp umie
śpiewać czy nie?! Zastanawiająca jest przy tym rozbieżność ocen – krytycy albo
rozpływają się w zachwytach nad niespodziewaną siłą jego głosu (Guardian), albo
lekceważąco cedzą coś o „miernych talentach wokalnych” (to już określenie
naszego Filmu, rozciągnięte też na pozostałych aktorów). Sądzę raczej, że w
rzeczywistości prawda leży pośrodku. Czy ktokolwiek serio po nim oczekiwał, że w
pół roku osiągnie rejestry Freddiego M.? I co ważniejsze, czy faktycznie byłoby
to niezbędne dla tego filmu? Zdaniem mojego, niefachowego ale i, u licha,
niegłuchego ucha – owszem, nauczył się śpiewać. Biorąc pod uwagę ile miał na to
czasu, efekt jest zaskakująco dobry. Wystarczająco dobry, by nie zakłócić
jakości całego obrazu. Uważam jednak, że należy coś podkreślić – nawet
diamentowy głos, wyszlifowany w brylant, jeszcze nie oznacza dobrze zagranej
roli. Czy n A „Sweeney Todd” jest filmem, w którym warstwa emocjonalna ma szczególne znaczenie. I właśnie połączenie wizjonerskiej wyobraźni reżysera z wyrazistą grą aktorów zmieniło prostą, staroświecką bajeczkę w złożoną, dojrzałą opowieść, mieniącą się barwami. Bo choć „Sweeney Todd” jest czarny jak dno Piekła, to jednak zdumiewa wielością odcieni czerni. Tłem tej historii jest brudna, pospolita czerń miasta, sportretowanego celnie i bezlitośnie, przez zręcznie wplatane obrazki i wzmianki – sąd, przytułek dla sierot, zakład obłąkanych, handlarz-szarlatan... Rozwija się szeroki wachlarz plugawości Londynu, jakby w ilustracji słów głównego bohatera. Na tym tle jeszcze głębszą czernią odcinają się wcielenia jadowitego zła, figury zarazem przerażające i żałosne – pokraczny urzędnik sądowy Bamford i jego pryncypał, stary lubieżnik, sędzia Turpin. Ale to jeszcze nie koniec tej szatańskiej galerii, bo główne postacie przedstawienia bynajmniej nie błyszczą anielską bielą. Mrs. Lovett okazuje się kryć wiele głębi i... sprzeczności. Stać ją jednocześnie na czułość i bezwzględność, naiwną fantazję i twardy pragmatyzm. Mrs. Lovett potrafi marzyć i kochać, ale marzenia nie przyniosą jej szczęścia, a na wszystkich, których pokochała, jej miłość sprowadzi tylko strach i ból. I wreszcie Sweeney Todd – splot tysiąca odcieni składających się na jedną, czarno-krwawą obsesję. To człowiek, któremu doświadczone kiedyś zło i poczucie krzywdy wypaliło duszę. Potrafi kochać już tylko wspomnienia, a jedyną rzeczą wartą w jego oczach marzeń jest zemsta. Ani reżyser, ani aktor nie wybielają swojego bohatera. Gdy Sweeney porzuca nadzieje na powrót rodziny, rozciąga swój odwet na cały Londyn. Z metodyczną determinacją topi miasto we krwi, aż w końcu sam zaczyna w niej tonąć, zaślepiony nienawiścią i rozpaczą. Zostanie mu dany jeszcze tylko ostatni przebłysk zrozumienia, gdy pojmie, że zemsta dokonana w imię miłości, w istocie zabiła miłość w nim i otwarła mu piekło, które sam zbudował. Przypomni sobie wtedy, że kiedyś kochał, ale będzie już za późno, by miłość przyniosła nadzieję. Tą reżyser zarezerwował dla jedynych czystych duchów tej opowieści. Córka Sweeneya, Johanna i zakochany w niej chłopak, którego poznajemy na statku, być może znajdą swoje szczęście. Dla Sweeneya już nie ma powrotu do słonecznego świata Benjamina Barkera, ale może on zostać odbudowany siłami młodego pokolenia. Nie będzie jednak łatwego happy endu. Nadzieja zostanie tylko możliwością, a film zamkną jego główne składniki – krew i mrok. Tim Burton od lat, konsekwentnie tworzy kolejne słodko-gorzkie baśnie. Każda z nich, to nakreślona dziką fantazją groteskowa karykatura i... celny moralitet. Łatwo rozsmakować się w jego świecie, bogatym znaczeniami i olśniewającym formą. „Sweeney Todd” jest jedną z mocniejszych kart w jego talii. Dla zarażonych burtonozą to film obowiązkowy, a przekonywać ich nie trzeba, bo słodki to obowiązek. Dla tych, których ta choroba dotąd ominęła, to film niebezpieczny... Może zarazić uwielbieniem dla jednego z najbardziej niezwykłych reżyserów w historii kina.
Autor recenzji:
Aletheia |
|
|||||