|
|
Sweeney Todd
Apologia mordercy z Fleet Street Najnowsze dzieło Tima Burtona wywołało sporo emocji w filmowym świecie. Otrzymało dwa Złote Globy (za najlepszy film i pierwszoplanową rolę męską), dwie nominacje do nagród BAFTA (za charakteryzację i kostiumy), Oscara za scenografię i dwie – nie mniej prestiżowe – nominacje Amerykańskiej Akademii Filmowej (za kostiumy i pierwszoplanową rolę męską). Film nieźle radzi sobie w box-office’ach. Krytycy przyjęli go dość sceptycznie i z rozczarowaniem. Wizjonerskie kino Burtona zawsze budziło kontrowersje, więc jako wielbicielka jego wcześniejszych obrazów wybrałam się na seans z wielkim apetytem. Apetytem na przepyszną, pastiszową makabrę w gotyckiej oprawie, przyprawioną sutą dawką czarnego humoru, jakiej należało się spodziewać po twórcy „Jeźdźca bez głowy”. Kino opuściłam bezbrzeżnie zdumiona. I wstrząśnięta.
Legenda seryjnego mordercy-golibrody, osadzona w dekoracjach wiktoriańskiego
Londynu, to wymarzony temat dla reżysera o wyobraźni Tima Burtona. Benjamin
Barker, powróciwszy do Anglii (pod przybranym nazwiskiem Todd) po piętnastu
latach niewoli, dowiaduje się o samobójczej śmierci ukochanej żony. Postanawia
dokonać krwawej zemsty na skorumpowanym sędzim Turpinie – bo to właśnie on,
obsesyjnie pożądając pięknej pani Barker, doprowadził do niesłusznego skazania
fryzjera oraz zrujnował życie jego rodzinie. Z pomocą Toddowi przychodzi
ekscentryczna pani Lovett – właścicielka słabo prosperującej piekarni. Ponieważ
zemsta golibrody niespodziewanie zaczyna zataczać szerokie kręgi, zakochana w
nim wspólniczka utylizuje ciała jego nieszczęsnych klientów, przerabiając je na
farsz do swoich wypieków. Burton zainteresował się tym materiałem już wkrótce po
premierze przebojowego spektaklu Christophera Bonda, będącej jedną z kilku
wariacji historii Sweeney’a Todda. Ćwierć wieku później reżyser zrealizował
zamiar przeniesienia musicalu z broadwayowskich desek na ekran, zachowując
znaczną wierność oryginałowi, co stało się jedną z głównych podstaw krytyki
obrazu. Filmowi zarzuca się nadmierną teatralność – zbyt ascetyczne plany, statyczną akcję, przerysowane aktorstwo. Zważywszy jednak na inspirację sceniczną adaptacją z 1979 roku, ta linia krytyki okazuje się wyrazami najwyższego uznania za osiągnięcie zamierzonego efektu. Podobnie ma się sprawa z zarzutem, że „Sweeney Todd” jest niesmacznie makabryczny i w dodatku w złym guście, bo krew – istotnie tryskająca rzęsiście na posadzki, ściany, odzież bohaterów, a nawet w oko kamery – ma kolor zupy pomidorowej. Można nie lubić filmów Burtona, ale warto wiedzieć, że konsekwentnie składa on w swych dziełach pokłon klasyce horroru, wynosząc kicz do rangi sztuki z równie wyśmienitym skutkiem jak Quentin Tarantino. W perspektywie tej stylistyki „Demoniczny golibroda…” okazuje się najbardziej „burtonowskim” obrazem w dorobku reżysera, nawet jeśli tym razem zabrakło paru charakterystycznych akcentów, na przykład muzyki Danny’ego Elfmana czy odpowiednio sutej dawki czarnego humoru. Te dwie kwestie zresztą budzą kolejne kontrowersje wokół filmu.
„Sweeney Todd” jest musicalem, więc w ponad połowie wypełniają go piosenki
autorstwa Stephena Sondheima – czyli tak jak w broadwayowskim oryginale. Trącące
nieco myszką, pełne dysonansów, niekiedy wręcz karkołomne melodie nie od razu
wpadają w ucho. Po seansie w pamięci pozostają jedynie fragmenty piosenek, które
ciężko zresztą zanucić przy przysłowiowym goleniu. To poniekąd wada ścieżki
dźwiękowej filmu, choć trzeba przyznać, że im dłużej się jej słucha, tym
bardziej się podoba, a wręcz – trudno się od niej uwolnić. O wielkości muzyki
bez wątpienia nie stanowi jej melodyjność, niemniej w musicalu, gdzie pełni ona
funkcję ilustracyjną, znacznie lepiej sprawdzają się „chwytliwe” utwory, których
w „Demonicznym golibrodzie…” zabrakło. Inną dyskusyjną kwestię stanowi fakt, że
partie wokalne wykonują aktorzy, którzy w większości przypadków debiutują w tej
roli. Wielu krytyków uznało ten pomysł za chybiony. Moim zdaniem, cała ekipa
wywiązała się z zadania wyśmienicie, nawet jeśli nikt (z małymi wyjątkami) nie
zaśpiewał profesjonalnie. Przede wszystkim, nadspodziewanie dobrze poradziła
sobie para odtwórców głównych ról. Johnny Depp zaskakuje nie tylko mocnym,
pełnym emocji głosem, ale i jego fachową emisją, zwłaszcza, że wyśpiewanie
połamanych linii melodycznych Sondheima jest nie lada wyzwaniem. Helena Bonham
Carter nie jest wprawdzie równie utalentowaną wokalistką, ale słucha się jej z
przyjemnością, a przede wszystkim barwa jej głosu idealnie pasuje do kreowanej
przez nią postaci. I właśnie ten ostatni argument przemawia na korzyść całej
wokalnej oprawy filmu. Brak profesjonalizmu okazuje się atutem w przypadku
obrazu stworzonego w całości w turpistycznej estetyce. Tim Burton przyzwyczaił widzów do zwariowanych fabuł, przyprawionych ironią i czarnym dowcipem. W jego obrazach sztuczna posoka, ciała bezgłowe czy w fazie rozkładu, nie tylko nie budzą przerażenia, lecz wręcz wywołują co najmniej uśmiech, jeśli nie salwy śmiechu. Jak zapewne większość entuzjastów stylu Burtona, udałam się na seans oczekując tego rodzaju rozrywki – może nieco perwersyjnej, ale jednak wyśmienitej dzięki mistrzowskiemu przełamaniu konwencji kina grozy. I „Sweeney Todd” zapowiadał się na taki właśnie obraz. Gigantyczny młynek do mięsa, spływająca rynsztokiem krew o konsystencji farby olejnej, trupioblada pani Lovett tępiąca insekty z użyciem wałka… nawet Johnny Depp toczący dzikim spojrzeniem po ponurych ulicach Londynu wydaje się z początku tak przerysowany w swojej roli, że aż komiczny. Szybko jednak okazuje się, że tym razem reżyser nie wziął na warsztat gotyckiej noweli Irvinga czy satyrycznej bajki Dahla, lecz gorzką opowieść o miłości i zemście, skrojoną na miarę antycznej tragedii. I choć z ekranu sączy się obficie pożądana ironia, a idee kreatywnego umysłu bohaterki Bohnam Carter budują komiczną warstwę obrazu na modłę „Gnijącej panny młodej”, to właśnie dojmująca gorycz, utopiona w burtonowskim sosie, stanowi o wielkości „Sweeney’a Todda”. To zapewne kolejny powód, dla którego film doczekał się tylu niepochlebnych opinii. Bez próby wnikliwego rozczytania fabuły dostrzega się bowiem tylko, ocierającą się o granice dobrego smaku, krwawą historię psychopatycznego zabójcy i jego zdeprawowanej wspólniczki. Trudno zachwycić się filmem nie lubiąc pary głównych bohaterów. Obserwując pobieżnie jak tych dwoje uprawia swój makabryczny proceder, wręcz czeka się, aż wpadną w ręce sprawiedliwości, czy też boska opatrzność usunie ich z ziemskiego padołu. W najlepszym razie – będąc wielbicielem burtonowskiego stylu – delektuje się smakowicie obrzydliwą estetyką tego obrazu, ale kino opuszcza z uczuciem niedosytu, bo jak na twórcę „Jeźdźca bez głowy”, film to nie dość komiczny i nazbyt serio w swej dramaturgii. Wystarczy jednak odrzucić stereotypy i zanalizować opowieść o golibrodzie z Fleet Street jako dramat właśnie, by odsłoniła swoje piękno. Bezduszny seryjny morderca okazuje się wówczas targanym rozpaczą i wściekłością człowiekiem, który kocha tak mocno, że po stracie żony nie pozostało mu już nic, co mogłoby nadać sens jego istnieniu. W partnerce jego zbrodni zaś, mimo całego pragmatyzmu tej postaci, można dostrzec kobietę zdolną do bezwarunkowej, akceptującej miłości i najwyższych poświęceń w jej imię. Z tej perspektywy motywy bohaterów stają się zrozumiałe i nawet jeśli nie można ich usprawiedliwić, zaczyna im się współczuć. Przewrotna puenta historii tych dwojga zaślepionych namiętnościami ludzi jest ostatnią, jakiej można się było spodziewać w filmie Burtona. I choćby po to, by przeżyć ją z punktu widzenia bohaterów, a nie rozczarowanego krwią w kolorze zupy pomidorowej sceptyka, warto dostrzec tragiczny wymiar „Sweeney’a Todda”. Wówczas to jeden z tych nielicznych dramatów, o których po wyjściu z seansu myśli się tygodniami. A czyż nie to właśnie jest miarą wielkości kina? Ocena: 10/10
Autor recenzji:
Anna Archer |
|
|||||