|
|
Transamerican Killer
Transseksualista, tancerki erotyczne i piła łańcuchowa Filmy o psychopatycznych mordercach zdecydowanie zaliczają się do tych, których
w ostatnich czasach przybywa nam najwięcej jeśli chodzi o horrory. Jak wiadomo
popyt jest spory, co wiąże się z tym, że producenci nie mają problemów z
wyłożeniem gotówki, niemniej większość tego typu produkcji zakorzeniona jest na
dolnej półce i wywodzi się z niskich budżetów. Ta z kolei większość ma liczne
grono swoich amatorów, którzy znajdują tu często coś więcej – dobry pomysł na
fabułę, nawiązania do klasyki nadające smaku, czy czarny humor. W każdym razie
gro filmów robionych za nieznaczny procent wynagrodzenia średnio popularnego
aktora potrafi czymś przyciągnąć. Jeśli rozpatrujemy przypadek „Transamerican
Killer” to trzeba przyznać, że tym razem jest to tytuł. Jak można wywnioskować po przeczytaniu opisu – obraz kipi seksem i nie skąpi
ukazywania roznegliżowanych ciał. Ciekawe, czy twórcom wydawało się, że jeśli
zabawią się tego typu czynnikami na skalę delikatnego filmu porno to widz
zapomni o tym, że zamawiał zestaw "Happy Fear" przesycony dawką strachu i
napięcia. Można snuć takie wnioski bowiem poza nadającą się jedynie na skromną
degustację dawką przemocy nie ma tu nic podpadającego pod
definicję horroru. Podstawowe pytanie jakie nasunęło mi się po zakończeniu
seansu to dlaczego szanowny Mack Hail nie wziął tej całej ferajny lalkowatych
panienek do filmu pornograficznego. No wybaczcie, ale nic innego nie przemknęło
mi w zakamarkach umysłu po zobaczeniu konkursu na miss mokrego podkoszulka,
który towarzyszył nam jako przerywnik w napisach końcowych. Może i jest (Mark Hail) sympatykiem kina piły łańcuchowej, ale wyważył to wszystko na wskroś
tragicznie. Skład procentowy wygląda tu tak: 85% - erotyka, 10% przemoc, a
reszta to zupełnie wybijające z rytmu spotkania córki – na co dzień tancerki
erotycznej z matką miłośniczką „Casablanki”. Nie są to zbyt umiejętnie
wprowadzone wstawki, co burzy w filmie niezmiernie ważną płynność, nie
uświadczysz sprawnych przejść między wątkami. Całość to po prostu gargantuiczna
prezentacja amatorszczyzny nie na tle wykonana, lecz budowy horroru, a to razi
po stokroć dotkliwiej. Teraz przejdźmy do cechy, filmu której jest tu jeszcze więcej niż buzujących erotyką scen – głupoty. Cały scenariusz krótko mówiąc jest prowokacją do wybuchu śmiechu. Czego, jak czego, ale świeżego pomysłu tu nie zabrakło, przynajmniej jak na moje filmowe „oczytanie”. Któż z nas słyszał bowiem o mordercy-transseksualiście? No właśnie – więc trochę pomysłowości w tym wszystkim jest, szkoda tylko, że nawet w tak idiotycznym wydaniu nie przemycono jej do zgonów striptizerek. Zabójstwa nie robią żadnego wrażenia i obyło się bez pożądanej filozofii wygłaszanej ostrymi narzędziami. Zresztą komizm głównego herosa pokazuje, że dla scenarzysty nie istnieje nic takiego jak bariera. Jego imaginacja idzie w parze z głupotą – ma nieograniczony zasięg. Jeśli wspomniałem o jednej z wad „more sex than fear” to warto i temu poświęcić osobny akapit. Taka recepta na film ma szereg zwolenników, a skoro rozbudziłem im apetyt napomykając o emanacji lesbijskiej miłości to warto sprawić im trochę zawodu, gdyż są to z reguły momenty delikatne. Bezapelacyjnie nie zastąpią braku dostępu do ostrych stron erotycznych i lubujących się w pornografii stacji telewizyjnych. Na dobitkę powiem również, iż ubolewać będziemy nad poziomem większości spośród tych scen. Wychodzi więc na to, że główna droga, którą obrali filmowcy, podobnie jak poboczne, pełna jest dziur i nie nadaje się dla tych z niskimi zawieszeniami, którymi są bardziej wymagający widzowie. Wydawałoby się, że teraz niechybnie powiem coś w stylu omijać szerokim łukiem, nie oglądać nawet ze spluwą przyłożoną do ust, ale gdzie tam... Ten film można potraktować jako swoistą ciekawostkę – o czym pogadasz przy piwie? Wdasz się w kolejną dyskusję na temat „Lśnienia”, czy klasyki horroru? Teoretycznie fajna sprawa, ale nie ma to jak nowe doświadczenia, a przygodę z „Transamerican Killer” zawsze będzie się wspominać ze śmiechem i jest to najlepsza amunicja służąca do zaimponowania przy dyspucie o najgłupszych horrorach. I owszem jest kultowa Troma, ale to nie te same klimaty. Polecam więc smakoszom, którzy lubią spróbować wszystkiego podczas swojego współżycia z kinem, jak i reszcie, która ma problem z wymienieniem najgorszych filmów swojej kinomaniackiej egzystencji. Proszę, proszę - więc jednak jest jakiś sens oglądania tego produktu wywodzącego się z seksualnych odchyłów, o zgrozo. Ocena: 2/10
Autor recenzji: Michał 'Dusqmad' Jaglarz |
|
|||||