|
|
Truposz
„Truposz” to mistyczna opowieść o wędrówce w głąb siebie i ucieczce przed
światem. Dziki Zachód. William Blake (Depp) podąża do najdalej wysuniętego na
wschód posterunku, gdzie znaleźć ma pracę. Gdy potencjalny pracodawca okazuje
się oszustem i zwariowanym ekscentrykiem, zrezygnowany bohater idzie się upić.
Siedząc pod saloonem widzi wyrzucaną w błoto prostytutkę. Pomaga jej, spędzają
razem noc. Rano w mieszkaniu kobiety pojawia się jej były narzeczony, który
widząc leżącą w łóżku parę, wyciąga broń. Kobieta zasłania Blake’a własnym
ciałem, ale kula przechodzi na wylot i rani także jego, w okolice serca. William
zabija napastnika i ucieka z miasteczka. Ojciec zabitego chłopaka wynajmuje
płatnych morderców, by dopadli zabójcę syna (w roli jednego z nich świetny Iggy
Pop). Tymczasem ciężko rannego bohatera znajduje Indianin, każący nazywać siebie
„Nikim” (Farmer). Słysząc nazwisko Blake, bierze go za członka Brytyjskiego
„Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Pomaga mu, opatrując głęboką i beznadziejną
ranę, opiekuje się nim podczas powrotu do zdrowia. Jednocześnie wiedzie Blake’a
ścieżką oderwaną nieco od rzeczywistości, jakby podróżowali gdzieś poza światem.
Bohater doznaje chwil radości i chwil przemocy, na skutek niezależnych od siebie
wydarzeń staje się mordercą i banitą, postrachem Dzikiego Zachodu. A
jednocześnie walczy ze śmiercią. Powoli, na skutek nie zagojonej rany, organizm
słabnie. Poza tym, już został wydany na niego wyrok, metafizycznie dołączył do
„Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Dlaczego „Truposz” jest filmem wyjątkowym? Po pierwsze, jest nakręcony bardzo specyficzny sposób, jakby niektóre klatki zostały powycinane. Jest czarno-biały, co dodaje mu klimatu i pozwala skupić się na głębi, nie na efektach specjalnych czy scenografii. Oczywiście, jako że zwracam na to dużą uwagę, nie mógłbym pominąć genialnej muzyki Neila Younga, gitarowej oprawy duchowej wędrówki. Do tego świetna gra aktorów. Nie trzeba rozpisywać się nad Deppem, jak zawsze genialny. To jest aktor, który swoją obecnością dodaje każdemu filmowi swoistej magii. Gary Farmer w roli Nikogo daje popis bardzo dobrego aktorstwa na wysokim poziomie. Świetnie zagrał dumnego, odrzuconego przez plemię Indianina, który staje się wybawicielem, przewodnikiem i przyjacielem odrzuconego Blake’a. Do tego jest zafascynowany nowym znajomym, jako że uwielbia wiersze prawdziwego Blake’a. Nie można nie wspomnieć o Iggim Popie w roli najemnika. Co by nie mówić o jego innych rolach, ta zdecydowanie należy do najlepszych. Zblazowany, bezwzględny zabójca, kanibal, gwałciciel, morderca swoich rodziców, porywczy i dumny rewolwerowiec, podobno najlepszy na Dzikim Zachodzie. Ubrany w czarne spodnie i takąż koszulę, z dwoma koltami przy pasie robi wrażenie. On także jest martwy - duchowo. Zresztą dopadnie go przeznaczenie.
Dlaczego wybrałem akurat ten film do recenzji? Z bardzo prostych przyczyn: po
pierwsze, ukazał się on w nowym, ładnym wydaniu DVD „Classic Collection”, które
znaleźć można w każdym dobrym sklepie, a po drugie, dzisiaj jest Dzień
Wszystkich Świętych, Dzień Zmarłych, a więc dzień bohaterów filmu. Tematycznie.
Autor recenzji:
Michał 'Mod' Jadczak |
|
|||||