|
|
Wszystko o mojej matce
Perfekcja autokreacji Oczywiście najlepiej przekonać się samemu, jak to z tym Almodóvarem jest. Ja w tym roku widziałem trzy słynne filmy reżysera. „Porozmawiaj z nią” nie wzbudził we mnie zachwytu, ale z perspektywy czasu oceniam ten film trochę lepiej niż początkowo. Zbyt wielkie były bowiem moje oczekiwania co do tego filmu i zemściło się to na mnie. O wiele lepsze wrażenie zrobiło na mnie „Drżące ciało”, nie nastawiałem się bowiem w żaden sposób do tego filmu, postanowiłem przyjąć go takim, jaki jest. Podobnie postąpiłem z „Wszystko o mojej matce” i tym razem muszę powiedzieć, że Pedro niezaprzeczalnie zachwycił mnie. Podobnie jak w wyżej wspomnianych przeze mnie filmach, tak i w tym obrazie, Hiszpan bierze na warsztat temat bardzo trudny i kontrowersyjny. Manuela jest samotnie wychowującą syna pielęgniarką. W dzień 17. urodzin Estebana wybierają się razem na spektakl „Tramwaj zwany pożądaniem”. Po przedstawieniu oboje czekają na jedną z aktorek, aby Esteban mógł zdobyć jej autograf. Czekają w deszczu, lecz aktorka wsiada szybko do taksówki i odjeżdża. Biegnący za nią nastolatek wpada pod samochód. Wkrótce umiera. Zrozpaczona matka rusza do Barcelony, aby odszukać jego ojca, transseksualistę Lolę. Wracając do tego miasta wraca także do dawnych znajomych, poznaje także wiele innych ludzi, którzy w znaczący sposób wpłyną na jej życie. Almodóvarowi temat transseksualizmu nie jest obcy. Z
pewnością wiele osób pamięta jego związek z Bibi Andersen. Jednak problemami
poruszanymi w „Wszystko o mojej matce” można by obdzielić kilka innych produkcji,
do czego zresztą reżyser już mnie przyzwyczaił. Wątek dramatu matki tracącej jedyne dziecko, które stanowiło cały jej świat, został tu przedstawiony bez sentymentalizmu, co jest wielkim wyczynem. Ból Manueli nie jest jak eksponat w muzeum, na który musimy się „gapić”, bośmy zapłacili za bilet. Pojawia się i znika, czasem prawie zanika, jednak ciągle czujemy jego obecność. Manuela nie obnosi się ze swym bólem, stara się żyć nadal, chociaż wie, że nic nie będzie takie, jak dawniej. Co więcej, nie zamyka się w sobie, lecz stara się pomagać innym ludziom, pragnie rozliczyć się z przeszłością. Większość współczesnych twórców zrobiłoby z tego ckliwą opowiastkę „ku pokrzepieniu serc”, po której wymiotowałbym przez całą noc. Ale nie Pedro. To zadziwiające, jak delikatnie potrafi żonglować uczuciami swych bohaterów, oczarowując widza finezyjnym połączeniem dramatu, ale i komedii. Bo „Wszystko o mojej matce” to film, na którym śmiejemy się przez łzy. Reżyser prawie do płaszczyzny komedii zniósł bowiem wątek
zmiany płci. Żeby było jeszcze „śmieszniej” dorzucił nam transseksualistów
uprawiających prostytucję, okradających siebie nawzajem i mających dzieci z
kobietami (!). Na palcach jednej ręki mogę policzyć obrazy, na których tak się
śmiałem. Postać Agrado, przyjaciółki Manueli, jest cudowna. Śmieszna, bezczelna,
wspaniała. Jej dowcipy, chociaż często trochę prostackie, rozbawią każdego. Pedro wyraźnie sprzyja swoim bohaterom, pokazuje nam ich z wielu różnych stron, w wielu wymiarach, co sprawia, że nawet osoby uprzedzone zmusi do refleksji. Zwłaszcza w naszym kraju, gdzie często dochodzi do strać środowisk z pod znaku LPR z różnego rodzaju grupami progejowskimi, a społeczeństwo kształtuje swoje poglądy na stereotypach, taka forma jest niezwykle ważna. Kolejnym z ważnych tematów poruszanych w filmie jest motyw przyjaźni, bezinteresownej, szczerej, często w stosunku do ludzi, których ledwie się zna. Siostra Rosa poświęca swoje życie pomocy potrzebującym, a kiedy sama zachodzi w ciążę (na marginesie ojcem dziecka jest Lola, transseksualista), pomocną dłoń wyciąga do niej Manuela, chociaż ledwie się znają. Tak naprawdę bohaterki pomagają sobie nawzajem, dając sobie to, czego los im odmówił. Nie mogę pominąć także sztuki, wszechobecnej w tym dziele. Od
nawiązań do słynnych filmów, legendarnych aktorek poprzez wystawianie sztuki „Tramwaj
zwany pożądaniem”, jakże ważnej dla bohaterek, aż do delikatnych rozważań nad
życiem jako sztuką. „Zakręcone”, oderwane od rzeczywistości postaci (chciałoby
się rzec) ze sztuką wiążą swe życie. Może do być sztuka wystawiana na deskach
teatru, sztuka bycia dobrym człowiekiem, poświęcającym się dla innych czy sztuka
bycia kobietą, co jak widzimy, wcale nie jest takie łatwe. Muszę podkreślić, że mimo takiego nagromadzenia wątków i problemów film jest wyreżyserowany tak wspaniale, że absolutnie nie czułem zmęczenia materiałem. Wręcz przeciwnie, z każdą minutą pochłaniałem ten film z coraz większym zaangażowaniem i zachwytem. Pedro mistrzowsko zespolił formę i treść tworząc obraz ocierający się bardzo często o geniusz. Wszystko przeplata się tu tak zręcznie, że mimo dziwaczności postaci, kilku typowo „almodovarowskich” zbiegów okoliczności, całość jest naturalna i autentyczna, wykreślić przecinek na tyle, że z lupą nie znajdzie się tu ściegów łączących wszystko w całość. Niezwykle rzadko zdarza mi się zobaczyć w kinie tak mistrzowskie połączenie scenariusza i reżyserii (w innych filmach Hiszpana równowaga ta była często zaburzona). „Wszystko o mojej matce” to także rewelacyjne występy aktorskie. Cecilia Roth jako Manuela jest świetna. Nie kradnie jednak całego ekranu dla siebie. Nie sposób nie zachwycić się rolami Marisa Paredes czy Penélope Cruz, która nie dość, że tworzy bardzo dobrą rolę, to wygląda niezwykle świeżo. Szkoda tylko, że z ekranu tak szybko znika Eloy Azorín, który jako Esteban robi świetne wrażenie. Po wielu eksperymentach z formą, w tym filmie Almodóvara, nie sposób się nią nie zachwycać. Biorąc pod uwagę jednak czysto techniczne spojrzenie na film, najbardziej spodobały mi się muzyka i zdjęcia. Ale o tym, że Alberto Iglesias jest świetnym kompozytorem nikogo nie muszę przekonywać. Nie będę ukrywał, że „Wszystko o mojej matce” oczarował mnie w najwyższym stopniu. To jeden z najlepszych filmów, jakie w tym roku widziałem i w moim osobistym rankingu Almodóvara absolutny numer jeden. Nieprzyzwoicie zabawny (naprawdę kilka kwestii rzuca na kolana, ale raczej nie nadają się, aby je tutaj przytoczyć), niesamowicie aktualny, często trudny i niewygodny. Godny Oscarów i szczerze mówiąc, szkoda, że zdobył tylko jednego. Perfekcyjne zespolenie niezwykłego scenariusza i mistrzowskiej reżyserii w połączeniu ze wspaniałymi kreacjami aktorskimi oraz potężną dawką humoru składa się na nieziemską ucztę kinomana. A jeśli dodamy do tego niekłamane emocje, jaki film wzbudza, z całkowitą odpowiedzialnością uważam „Wszystko o mojej matce” za dzieło rewelacyjne, ocierające się w znacznym stopniu o arcydzieło!
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||