|
|
X-men: Ostatni bastion
Ostatni bastion zdobyty Przed premierą trzeciej części filmu o mutantach zrobiło się wiele szumu. Przede wszystkim z projektu wycofał się reżyser dwóch poprzednich obrazów Bryan Singer, który wolał poświęcić się tworzeniu filmu „Superman: Powrót”. Wywołało to protesty fanów serii i zaniepokojenie osób, które ceniły Singera za to, jak zrealizował poprzednie części cyklu. Ciśnienie przed premierą podsycał także fakt, że „X3” mógł pochwalić się ponad 200 mln budżetem. Przyznam szczerze, że zwiastun „Ostatniego bastionu” zrobił na mnie spore wrażenie. Pomyślałem, że z takim budżetem, niezłymi aktorami i bądź, co bądź, solidną podstawą scenariusza można stworzyć film wybijający się ponad poziom typowych letnich produkcji. Jednak… w tym miejscu powinienem zacząć narzekać. Ale tego nie zrobię. Dlaczego? O tym za chwilę. Trzecia część opowieści o mutantach zaczyna się niedługo po wydarzeniach, mających miejsce w poprzedniej części. Rządowi specjaliści opracowują formułę leku pozwalającego zahamować mutację genu X. Każdy mutant dobrowolnie może poddać się „leczeniu”. Wywołuje to sprzeczne reakcje w środowisku samych zainteresowanych. Niektórzy chcą pozbyć się swojego „daru”, inni uważają lek za próbę eliminacji ich ze środowiska. Ci ostatni skupiają się wokół Magneta, który za pomocą potężnej „broni” - Dark Phoenix – chce raz na zawsze rozstrzygnąć kwestię, do kogo należy ta planeta. W mojej recenzji „X-men 2” podkreśliłem, że przygody mutantów
nie fascynował mnie nigdy w szczególny sposób. Nie mniej uważam drugą część
serii za przyzwoite kino akcji, a na tle ekranizacji komiksów, nawet za bardzo
udany film. Do seansu produkcji Bretta Ratnera nie podchodziłem jednak z
obciążeniami czy nadziejami. Dlatego to, co zobaczyłem mogę, mam nadzieję, dość
obiektywnie ocenić. Dark Phoenix jest prawie statystką. Postać, która jest chyba
najważniejszą osobą w tej części sagi, autorzy scenariusza obdarzyli kilkoma
marnej jakości dialogami oraz bardzo zastanawiająca postawą statyczną. Tak
naprawdę Jean zostaje zepchnięta do poziomu dekoracji. Pod koniec seansu
zacząłem sobie zadawać pytanie jak ograniczonym trzeba być twórcą, aby zmarnować
tak ciekawą postać. Postać, która sama rwie się, aby uczynić z niej coś więcej.
Wszystko to sprawia, że „X3” zupełnie nie angażuje widza w
to, co dzieje się na ekranie. Jak jednak zaznaczyłem, dla mnie jako osoby, w
życiu której mutanty to mało znaczący element, nie sprawia to zawodu na tyle,
abym zaraz skreślał film. Szczerze mówiąc o wiele bardziej zasmucił mnie
niewykorzystany potencjał „Zemsty Sithów” (to był dopiero zawód). Dla mnie jednak gwiazdami trzeciej odsłony są Ian McKellen
oraz Famke Janssen. Dla Iana rola Magneto jest znikomym wyzwaniem, ale nie będę
ukrywał satysfakcji z oglądania aktora w roli „czarnego” charakteru. Co by nie mówić, „Ostatni bastion” jako kino czysto rozrywkowe spisuje się całkiem dobrze. Przede wszystkim dużo się dzieje: są efektowne ucieczki, walki mutantów, które nie pozwalają się nudzić. Ogromny budżet pozwolił w końcu na to, aby mutanci w pełni korzystali ze swych mocy. Wykonanie efektów specjalnych jest dokładniejsze, jest ich więcej, czyli mówiąc prostym językiem: film jest dużo bardziej efektowny. Z czasem jednak może to przytłoczyć, niekiedy widać kilka niedociągnięć, ale ogólnie pod tym względem obraz z pewnością całkowicie zadowoli większość widzów (chyba, że jak ja cenicie sobie pomysłowość przy zastosowaniu efektów, a nie tylko ich wykonanie). Nie zawsze natomiast udało się twórcom we właściwy sposób udźwiękowić film. Całkowitą porażką jest dobór muzyki. Chóry znakomicie spisały się we wszystkich częściach „Matrixa”, ale do „X-menów” pasują jak pięść do nosa. W tym filmie powinny królować szybkie, elektroniczne kawałki, a nie typowa muzyka ilustracyjna. Po tym wszystkim można by uznać „Ostatni bastion” za porażkę: znikoma rola postaci, przerost efektów nad historią, wiele chybionych rozwiązań. To wystarczyłoby, abym film pogrążył. Ale nie zrobię tego. W piątek nie byłem w najlepszym nastroju, wszystko mi z rąk leciało, na niczym nie mogłem się skupić. Potrzebowałem czegoś, co zapełni mi czas i z tego zadania „X3” wywiązał się dobrze. Jako kino akcji film wypada przyzwoicie, przy ekranizacjach
komiksów typu „Fantastyczna czwórka” nawet dobrze, a jako „zabijacz wolnego
czasu” jest niezwykle udanym przedsięwzięciem.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||