|
|
Życie ukryte w słowach
"Hope there's someone Who'll take care of me" Siedzę teraz przed komputerem po dosyć męczącym dniu (próbne matury), a z głośników delikatnie sączą się piosenki z płyty „I Am A Bird Now”. Siedzę i zastanawiam się, od czego mam zacząć tę recenzję. Chyba po raz pierwszy mam taki problem; bowiem przeważnie słowa same kierują moją ręką, same wystukują się na klawiaturze czy wychodzą spod piszącego długopisu. Tym razem jest inaczej. Dla mnie samego to kolejny dowód, że stykam się z czymś niezwykłym, z czymś, co trudno mi objąć myślami. Wczorajszej nocy wziąłem udział w niezwykłym zjawisku. Pomiędzy kolejnymi powtórkami do matury, czytaniem lektur i skrawkami snu, postanowiłem na chwilę zapomnieć o wszystkim wokół zagłębiając się w filmowy świat. Nieraz już mi to pomagało. Tym razem jednak coś tak pokierowało moimi poczynaniami, że na „warsztacie” znalazł się film Isabel Coixet „Życie ukryte w słowach”. Muszę szczerze przyznać, że takiego filmu nie spodziewałem się zobaczyć. Istnieje powiedzenie: „film, który da się opowiedzieć, to nie
jest dobry film”. Jak więc można streścić obraz, który absolutnie nie daje się
zamknąć w słowa. Gdyby się ktoś na siłę wykreślić na siłę uparł, aby mu
opowiedzieć, jaką historię przedstawia ten obraz, można by zacząć: „Na pewnej
platformie wiertniczej wydarzył się wypadek….”, albo: „ Hanna jest młodą kobietą
wiodącą trywialne, pozbawione smaku życie; ciągle spożywa te same posiłki, z
nikim się nie spotyka. Pewnego razu…”. Jednak takie opisywanie do niczego nie
prowadzi. Każde, nawet najbardziej bogate słownictwo, wirtuozeria w tworzeniu
barwnych streszczeń na nic się nie zda. „Życie ukryte w słowach” wymyka się spod
wszelkich konwencji stosowanych przy standardowym pojmowaniu kina. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle trudna, trzeba, bowiem przedrzeć się poza to, co na ekranie widzimy, co w przypadku dzieła wyrażanego w obrazach wydaje się bezsensowne. Ale tak naprawdę mianem „bezsensowności” można by określić cały film wyprodukowany przez braci Almodóvar. Jaki sens ma pokazywanie widzowi, który zapłacił za bilet, emigrantki z jakiegoś dalekiego kraju, jedzącej ryż, kurczaka i jabłka; używającej ciągle tego samego mydła, dzwoniącej do jakieś kobiety tylko po to, aby usłyszeć jej głos? Czy jest jakiś sens przerzucać nagle akcję na platformę wiertniczą, gdzie nie znajdujemy „nic”, prócz pustki pośrodku morza? Na koniec można nawet zapytać, czy jest sens poszukiwać sensu, czy nie lepiej nacisnąć czerwony krzyżyk w górnym rogu ekranu lub użyć przemyślnej kombinacji klawiszy ALT i F4 i zająć się przeglądaniem stron porno w poszukiwaniu nowych zdjęć Dody? Nie chce odpowiadać na te pytania, jestem zmęczony, za oknem
jest ciemno i mam poczucie, że moje życie składa się z przypadkowo zmontowanych
scen z jakiegoś filmu klasy C. Zwyczajnie wczoraj obejrzałem film „Życie ukryte
w słowach” i dojrzałem sens. Widziałem go w spojrzeniu pięknej Sarah Polley,
kobiety, w której mógłbym się zakochać; postaci tak zwyczajnej, że aż
tajemniczej. Sens znalazłem w każdym jej ruchu, spojrzeniu w moje oczy wykreślić
w moje oczy (patrzyła mi w oczy!), słowach z jakże denerwującym wschodnim
akcentem. Nawet pisząc ten tekst, teraz zastanawiam się jak to możliwe, by
stworzyć kreację zbudowaną na tak ogranych chwytach, jakich kanadyjska aktorka
użyła. Ile razy w kinie widzieliśmy już tak samo spuszczany wzrok, zrzucaną z
łóżka pościel, drżące wargi. Jednakże nikt wcześniej nie pomyślał, aby z tych
prozaicznych gestów stworzyć Hannę, kobietę, na którą patrzysz i dziękujesz
Bogu, że nie tobie przeznaczone jest jej życie. Polley sprawia, że czujemy w
powietrzu wilgoć łez jej bohaterki (przy których nasze łzy wydają się lichą
parodią, czy my mamy jakikolwiek powód, by płakać?). W wyrażeniu tragizmu swojej
postaci jest wręcz porażająco, skończenie doskonała. Hanna jest muzą. Daje ona
swemu artyście natchnienie. Artystą tym jest Tim Robbins. Czyż innym określeniem
można nazwać człowieka, którego widzimy na ekranie na przykład w jednej z dwóch
kluczowych scen, gdy słucha opowieści o Fiecie Turbo? Czy można inaczej nazwać
człowieka, który oświadcza, że nauczy się pływać, aby żyć, aby w końcu żyć?!
Przyznam, że nie przepadam za Robbinsem, przy całym jego talencie (w kilku
filmach już go widziałem) mam do niego niewytłumaczalny dystans. W pierwszej
chwili nie byłem zachwycony jego udziałem w filmie, po kilku minutach nie
widziałem Robbinsa, widziałem Josefa. Trzeba jednak przyznać, że oboje mieli „co” grać. Coixet wie,
jak poruszyć widza, ale nie tak, aby zmieniał z nudów sposób ułożenia pośladków
na krześle, lecz tak, aby po seansie nie wiedział, co ze sobą zrobić (tak było
ze mną). W zasadzie to można by pozwać ją do sądu. Podchodzi cię od tyłu, niby
żeby posmęcić nad uchem, chce pokazać kilka fal, kilka małż i gdy ty patrzysz na
te małże, z całej siły uderza cię obuchem w głowę. Pełna dezorientacja. A twoją
ranę posypuje solą, abyś nie zapomniał (i nie zapomnisz). Stworzyć opowieść tak
delikatną i mocną, jak sieć pająka i co więcej - złapać w nią nieświadomego
widza, to sztuka niemalże martwa w dzisiejszym kinie.
Autor recenzji:
Czarek 'Ovë' Czartoryjski |
|
|||||