|
|
Robin z Sherwood
Serial "Robin z Sherwood" bił rekordy popularności po obu stronach Atlantyku w
połowie lat ‘80, niemniej do dziś uważany jest za najlepszą spośród ekranizacji
legendy Robin Hooda. Postaci Robin Hooda nikomu przedstawiać nie trzeba, ale
warto przybliżyć pomysł na fabułę wykorzystany w tej wariacji na temat jego
legendy. Rzecz się dzieje u progu XIII wieku w środkowej Anglii. Panuje
miłościwie Ryszard Lwie Serce (a po nim jego brat, Jan Bez Ziemi), zajęty jednak
głównie krucjatami w Ziemi Świętej i wojnami na kontynencie, co odbija się
negatywnie na losie żyjących na Wyspach poddanych. W Nottingham władzę de facto
sprawuje cyniczny, dbający wyłącznie o własne interesy szeryf, a podlegający mu
lud żyje w biedzie. Większość wypracowanych dóbr pochłaniają bowiem podatki na
wojny króla i na utrzymanie zamku w Nottingham, a nielegalne polowanie na
zwierzynę w królewskich lasach oznacza w najlepszym razie utratę dłoni, czasem
jednak nawet życia. W 1180 roku szeryf zrównuje z ziemią rebeliancką wioskę
Loxley. Zabija przy tym Ailrica, który jest Strażnikiem Srebrnej Strzały Herne'a
Myśliwego. Herne to pogańskie bóstwo, Pan Drzew. W gruncie rzeczy -
półbóg-półczłowiek. Strzała to symbol saksońskiej Anglii. Anglosascy chłopi
żyli, jak wiadomo, po rządami normańskich panów. Dlatego zgładzenie Ailrica i
odebranie mu Strzały leżało w interesie szeryfa, który pragnął tłumić wszelkie
przejawy niezależności swoich saksońskich poddanych. Z rzezi w Loxley ocalał syn
Ailrica, Robin. Piętnaście lat później wchodzi przypadkowo w zatarg z prawem i
trafia do lochu w zamku Nottingham. Czeka go stryczek, więc wraz ze
współwięźniami obmyśla plan ucieczki, która kończy się sukcesem. Odzyskana
wolność jest oczywiście równoznaczna z wyjęciem spod prawa. Robin i jego
towarzysze stają się banitami, więc ukrywają się w lesie Sherwood, gdzie
obmyślają dalszy plan ucieczki. Tam też syn Ailrica spotyka Herne'a Myśliwego.
Ten zaszczepia w nim poczucie misji, zapewne tej samej, którą powierzył niegdyś
jego ojcu. Świat to pole nieustającej walki Sił Światła i Ciemności. W Anglii
króla Ryszarda Ciemność zyskała przewagę nad Światłem. Robin jest wybrańcem,
który ma ją przywrócić. Ma przestać uciekać i zacząć walczyć w obronie
uciśnionego, pozbawionego praw i godności ludu.
Tak, według Richarda Carpentera, zaczyna się historia Człowieka w Kapturze.
Robin zebrał doborową, niezawodną kompanię, która odtąd miała chronić biednych i
oddawać im to, co odebrała bogatym. Różnica pomiędzy „Robinem z Sherwood” a
innymi ekranizacjami polega na tym, że misja Robina ma w tym przypadku wymiar
metafizyczny. I właśnie element magii, obok miecza, nadaje serialowi
niepowtarzalny, wspaniały klimat. Wątki przygodowe, tło historyczne, duch
anglosaskich mitów i legendy stworzone na potrzeby filmu, podano w doskonałych
proporcjach, czyniąc z tej sałatki wyśmienite danie przyprawione dużą szczyptą
humoru. Ekranizacja ma oczywiście pewne wady. Dwadzieścia lat temu kino nie
miało takich możliwości technicznych jak dziś. Nikt też nie przeznaczał na
produkcję telewizyjną budżetu na skalę dzisiejszych hollywoodzkich standardów. W
filmie dla młodzieży nie wolno było pokazywać krwi czy erotyzmu. Ale to
drobiazgi w obliczu doskonałości finalnego efektu. O sile tego serialu stanowi
chyba przede wszystkim odmalowana w nim atmosfera średniowiecznej Anglii.
Składają się na nią wspaniałe zdjęcia megalitów, zamków osnutych mgłą czy
soczystej zieleni Sherwood, a także niezapomniana ścieżka dźwiękowa autorstwa
Clannadu. Kolory, scenografia, kostiumy, charakteryzacja to perfekcyjnie dobrane
szczegóły, które sprawiają, że przenosimy się w czasie. Filmy kostiumowe często
są takie... plastikowe. Zbyt żywe barwy, zbyt współczesne twarze aktorów, zbyt
czyste stroje sprawiają, że od początku do końca czujemy, że to tylko film. A
„Robin z Sherwood” niepostrzeżenie wciąga widza do ekranowej rzeczywistości. Jednym z najsilniejszych atutów serialu jest obsada. Nie było nigdy trafniej dobranej w ekranizacji legendy Robin Hooda. Marion jest odważna, waleczna, ale subtelna, pełna wdzięku, do tego mądra i piękna niczym majowy poranek. Nie do podrobienia. Willa Szkarłatnego zagrał doskonały aktor (Ray Winstone), tworząc chyba najbardziej ekspresyjną i wielowarstwową kreację spośród leśnej załogi. Mały John wzrusza jako osiłek o gołębim sercu. Nasir (saracen po raz pierwszy wkracza do legendy - szturmem!) hipnotyzuje swoim znaczącym milczeniem, imponująco walczy i do tego jest nieprzyzwoicie przystojny. Tuck ma poczucie humoru, jakiego próżno szukać u mnichów, i świetne, błyskotliwe puenty. Much to postać, na którą patrząc myślę z podziwem, że 18-letni P. L. Williams bez aktorskiego wykształcenia dokonał rzeczy niezwykłej, bo chyba wcale nie jest łatwo zagrać półgłówka, nawet jeśli nie jest to majstersztyk na poziomie DiCaprio w "Co Gryzie Gilberta Grape". Nickolas Grace to niewątpliwie - podobnie jak Marion - "najlepszy" szeryf wszechczasów. Mistrzowska rola, postać, którą uwielbiam za inteligencję, sarkazm i ataki furii. W duecie z Gisburne stanowią najbardziej komiczny element filmu. Gisburne! Paradygmatyczny nieudacznik, który mimo paskudnego charakteru budzi wyłącznie sympatię i współczucie. Moja największa słabość pośród tej plejady postaci... No i Robin... Robin wystąpił w dwóch wcieleniach, bo w trzecim sezonie serialu Michaela Praeda zastąpił Jason Connery. "Blondas" to sympatyczna postać. Zdobywa serce widza mniej więcej w tym samym czasie, co zaufanie leśnej kompanii, czyli w pierwszych dwóch odcinkach trzeciego sezonu. Ale Robin to - tak dla mnie, jak i zapewne dla większości wielbicieli serialu - "Czarny" Michael Praed. I kropka. Nie jest wybitnym aktorem. Szczerze mówiąc - aktorem jednej roli. Ale tak charyzmatycznego Robin Hooda kino nie miało nigdy przedtem i z całą pewnością już nigdy mieć nie będzie. Porwał do walki swych kompanów, poruszył umysły uciśnionych Anglików, ale przede wszystkim skradł serca widzów po obu stronach Atlantyku. "Robin of Sherwood" to dla mnie nie tylko bezsprzecznie najlepsza ekranizacja legendy - to kawał mojej własnej legendy. Powróciwszy (dzięki wydaniu DVD) do serialu po latach, odkryłam jak bardzo jestem przesiąknięta światem wykreowanym przez twórców tego niezwykłego obrazu - ideami w myśl których walczył Robin i jego kompania, mądrościami Herne'a, całym pięknem ekranowej rzeczywistości, od jej symboliki, po celtycką muzykę. A Robin to bohater mojego dzieciństwa, postać dla mnie archetypowa, ktoś kim się stałam niepostrzeżenie... Nothing is ever forgotten. Codziennie próbuję napiąć swój łuk, by nadać mu cel...
Autor recenzji:
Anna Archer |
|
|||||