Ambitne Pieniactwo

Czyli o tym, o czym niżej podpisany autor już raz pisał, ale co jest najwyraźniej tak fascynujące i do tego stopnia leży mu na sercu, że dla lepszego samopoczucia postanowił to ponownie wspomnieć. Wszystkie krzywdzące sądy, jakoby niżej podpisany autor wypalił się w roli internetowego felietonisty i zwyczajnie zaczęło mu brakować pomysłów na napisanie czegoś nowego, są wysoce krzywdzące i (nie bójmy się użyć tego słowa) obrzydliwe. Autor nie zamierza więc znosić niczyich impertynencji i pisze sobie o tym, o czym mu się żywnie podoba. Na końcu zaznacza także, że ten przydługi wstęp ma charakter wyłącznie satyryczny i to tylko takie tam gadanie, co by się nikt nie obraził.

Ale dobra - koniec żartów. Jakiś czas temu pisałem felieton na temat filmów o gigantycznych potworach (jeżeli ktoś nie pamięta, to jest to gdzieś tam na stronie, proszę sobie znaleźć i przeczytać - nie ma to jak promowanie własnej pisaniny), gdzie poruszyłem kwestię tzw. ogólnie przyjętych norm estetycznych odnośnie oglądania takich filmów. Osobie jako tako interesującej się kinematografią oglądanie tego nic nie daje. Jedyny wyjątek następuje wtedy, gdy rzeczony oglądacz zamierza zbesztać dane dzieło bez reszty. Choć nawet w takim wypadku dla owego Ambitnego Widza oglądanie pojedynku Godzilli z jej alternatywną wersją przybyłą z kosmosu jest katorgą i źródłem takich nerwów, że bez dwudziestu kubków melisy i czterdziestu paczek papierosów ani rusz. Ten sposób myślenia nie ma ograniczeń wiekowych - występuje zarówno u gimnazjalistów, którzy zaczynają odchodzić od filmów pornograficznych na rzecz odkrywania własnego jestestwa wraz z Kurtem Cobainem (zapomniał wół jak cielęciem był), jak i u najstarszych filmoznawców, którzy byli w kinie na premierze "Wyjścia robotników z fabryki" braci Lumiere. Tak czy siak taka tendencja istnieje, a jeżeli wśród rasowych fanów kina chce się być traktowanym Poważnie przez duże „P”, to nie ma wyboru – trzeba wywalić popcorn za okno, chwycić podręczny notesik i rozpocząć spisywanie wad, które potem zostaną wypunktowane na jakimś filmowym forum.

 

Zresztą to nie jest tak, że ta tendencja dotyczy tylko pojedynków facetów w gumowych strojach biegających po tekturowym mieście. W ramach wyjaśnienia - anegdotka. Dzisiaj wieczorem (gwoli ścisłości - 14 maja 2011) na TVNie leciało "Prosto w serce", czyli komediowe romansidło z Hugh Grantem w roli głównej. Obejrzałem sobie to romansidło i muszę to przyznać, że nawet mi się podobało. Oczywiście scenariusz pełną gębą wykorzystuje stereotypy właściwe temu gatunkowi (1) On i ona się poznają, 2) Niezbyt się lubią, 3) Poznają się lepiej i zakochują się w sobie, 4) On/ona robi coś złego, 5) Kłótnia, rozstanie, dramat, 6) Finał, godzą się i kochają jeszcze bardziej 7) Napisy (a Hugh Grant nadal jest Hugh Grantem). Mimo to naprawdę mi się podobało - film był uroczy, grał na prostych emocjach, momentami nawet bawił. W całej swojej komedioromantyczności przyjemnie się go oglądało. Oczywiście był schematyczny, nieodkrywczy etc., ale wywiązał się ze swojej roli niezobowiązującego, romantycznego filmu Był w porządku. Drugi raz nie chciałoby mi się go pewnie oglądać, ale zębami nie zgrzytałem (no dobra, czasami podśmiewałem się ze schematyczności scenariusza, ale nieważne).

Pomijając dyskusję na temat ilości estrogenu produkowanego przez moją przysadkę mózgową, chcę zaznaczyć jedno – to, co jest w filmie naprawdę złe, jest złe - co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Należy to skrytykować i nie ma miejsca na sentymenty czy litość. Jeżeli scenariusz wręcz uwłacza naszej inteligencji, aktorstwo jest fatalne, a reżyser tak spieprzył wszystko, że już nigdy nie zostanie zatrudniony przy niczym, co nie jest kolejnym odcinkiem Power Rangers, należy nie pozostawić na tym suchej nitki. Pozostaje jednak problem: co zrobić z filmami, które w swojej kategorii gatunkowej są zwyczajnie „w porządku”? Jeżeli nie lubimy jakiegoś gatunku, to po jaką cholerę oglądać film, którego z założenia nie polubimy? Czy to przez masochistyczną chęć torturowania własnego gustu w celu utwierdzenia samego siebie w przekonaniu, jak bardzo nienawidzimy takiego czy innego wycinka sztuki kinematograficznej? Jest to jakiś powód, pytanie tylko: czy dobry? Jak dla mnie raczej mocno średni.

 

Inną rzeczą jest też samo nastawienie do niektórych gatunków. Znawcy kina z zasady nie znoszą jego wielu nieambitnych, nieartystycznych odmian. Zgadzam się z tym, że ambitne i artystyczne filmy są najważniejsze, pokazują, czym kinematografia jest tak naprawdę, mogą nas rozwijać i wiele wnosić do naszego życia (podobnie jak poezja, literatura czy teatr). Takie kino należy promować z całych sił, wychwalać, reklamować, robić co tylko się da, aby było prężne i się rozwijało. Nie zapominajmy jednak, że kino to także rozrywka, a jeżeli jakiś film w swoich rozrywkowych założeniach jest zwyczajnie dobry, to jest dobry i kropka.

Marzy mi się, żeby publiczność miała gust i szukała niezobowiązującej rozrywki w filmach które są dobre i w których znajdują się wymienione przeze mnie podstawy. Nie znoszę tego, że tyle szmir zdobywa popularność i przychylność widowni. Z drugiej strony nie znoszę też snobów, dla których film będący z założenia mainstreamową rozrywką jest zły i należałoby zniszczyć wszystkie jego kopie, żeby nie kalały ich nieskażonych płytkością oczu. Po prostu czasami trzeba wrzucić na luz i pozwolić sobie na opuszczenie warty Ambitnego Krytyka i cieszyć się niezobowiązującą rozrywką. Byle tylko nie dawać przyzwolenia na wszystko i łykać każdą, nawet najgorszą, papkę serwowaną nam z ekranu. Gdyby tak to działało u wszystkich, świat kina byłby dla mnie dużo piękniejszym miejscem.

Autor recenzji: Robert 'Solar' Szymczak

 


Skomentuj artykuł